Przecieki: nowa prezydent – agentką CIA? W Wenezueli dalej niespokojnie, strzały i eksplozje wokół pałacu Miraflores
W ciągu ostatniej doby Wenezuela pogrążała się w coraz głębszym kryzysie politycznym, będącym następstwem spektakularnego aresztowaniu prezydenta Nicolása Maduro przez amerykańskie siły specjalne. W wyniku operacji, jak wiadomo przeprowadzonej w nocy z 3 na 4 stycznia, Maduro oraz jego żona, Cilia Flores, znaleźli się w USA, gdzie w poniedziałek po raz pierwszy doprowadzono ich do nowojorskiego sądu {Maduro nie przyznał się do zarzutów handlu narkotykami, działań terrorystycznych oraz przestępstw finansowych).
Tymczasem w kraju, którym rządził on po dyktatorsku przez ostatnie 12 lat, pojawiła się – jak w każdej dyktaturze, w której zabraknie niekwestionowanego wodza – próżnia władzy, immamentnie połączona z niestabilnością i walką buldogów pod dywanem. Do przestrzeni publicznej przebijają się, przynajmniej z początku, jedynie strzępki tej walki, toteż ciężko jednoznacznie wyrokować, co też dokładnie dzieje się w Caracas i w jakiej sytuacji politycznej w zasadzie znajduje się obecnie Wenezuela. Wiadomo, co głoszone jest oficjalne – ale co wcale nie musi przekładać się na rzeczywistość.
Zaledwie ostatniej nocy pojawiły się informacje o strzelaninie i gwałtownych starciach w okolicy pałacu Miraflores, oficjalnej rezydencji prezydentów Wenezueli w Caracas. Wedle oficjalnej wersji, ochrona pałacu oraz oddziały wojskowe chroniące obiekt miały otworzyć ogień do niezidentyfikowanych dronów. W konsekwencji w okolicy wybuchła panika. Tak mogło, ale wcale nie musiało być – zwłaszcza że wiarygodność jakichkolwiek oficjalnych relacji jest obecnie niemal żadna. Równie dobrze mogłoby to być bowiem wytłumaczenia mające przykryć inne możliwe wersje wydarzeń.
Do tych ostatnich zaliczają się np. potencjalny zamach stanu lub wewnętrzne walki o władzę w łonie reżimu – lub też czystki dowolnych jego przeciwników. W Caracas miały miejsce manifestacje zarówno lojalistów Maduro, jak i zwolenników opozycji, które także przerodziły się w starcia, zaś na ulicach Caracas panować ma chaos. Kontrolujący siły zbrojne minister Vladimir Padrino López oficjalnie poparł zastępczynię Maduro, wiceprezydent Delcy Rodríguez. Nie wiadomo, jak zachowują się siły bezpieczeństwa, podległe ministrowi Diosdado Cabello, czy stanowiące realną siłę militarną bojówki karteli narkotykowych.
Wenezuela zostanie po staremu?
Zgodnie z decyzją Sądu Najwyższego Wenezueli, wspomniana wiceprezydent Delcy Rodríguez została zaprzysiężona na tymczasową prezydent. To zgodne z literą ustroju konstytucyjnego kraju, choć wenezuelski Sąd Najwyższy ma opinię ciała fasadowego i stemplującego dowolne suflowane mu przez władzę wyroki. Sama Rodríguez to z kolei bliska współpracowniczka Maduro, wcześniej pełniąca funkcje ministerialne w jego rządzie. Gromko potępiła akcję USA jako „barbarzyńską agresję”, rytualnie domagając się uwolnienia Maduro i zapewniając, że w dalszym ciągu uważa go za prezydenta.
Z tym wszystkim bardzo osobliwie korespondują jednak doniesienia, które rozeszły się lotem błyskawicy po przestrzeni informacyjnej, zwłaszcza tej amerykańskiej. Grono różnych publikacji twierdzi, że błyskotliwa operacja ujęcia Maduro w dużym stopniu opierała się na informacjach pochodzących z jego wewnętrznego kręgu współpracowników, który CIA bądź inne amerykańskie służby miały mieć dość dobrze rozpracowany. Na tyle, że pojawiają się pytania, czy fakt niemal zupełnego milczenia wenezuelskiej obrony przeciwlotniczej w toku rajdu był aby przypadkowy? Czy też ktoś z wewnątrz za nim stał?
Nie ma obecnie dowodów, że sama Rodríguez miałaby współpracować z amerykańskimi służbami. Nader szybko jednak przeszła z rytualnego potępiania amerykańskiego „imperializmu” do zapewnień o woli pragmatycznej współpracy z Amerykanami jako prezydent. Czy możliwa współpraca ze służbami USA mogła mieć wpływ na to, że Biały Dom dopuścił ją do władzy, dystansując się od wspierania liderki opozycji, Maríi Coriny Machado? Prezydent USA Donald Trump ostrzegł co prawda, że Rodríguez poniesie „wysoką cenę”, jeśli nie będzie współpracować.
Jednak stwierdzenie to można interpretować na wiele sposobów. Jako groźbę militarną – ale wcale nie musi ono oznaczać tylko jej. Zaś w kontekście podejrzeń o skalę infiltracji wywiadowczej wenezuelskiego reżimu jawi się ono jako wyjątkowo wieloznaczne. Mając to na względzie, pomimo wybuchu optymizmu Wenezuelczyków (zwłaszcza tych na emigracji, których tysiące świętowały w weekend na ulicach), nie należy raczej się spodziewać, aby Wenezuela w najbliższym czasie doświadczyła zasadniczej odmiany losów. O wolnych wyborach czy początku końca długoletniego kryzysu gospodarczego, w jakim pogrąża się od ponad dwóch dekad, nawet nie wspominając.
