Internet wyłączony w stolicy i większości kraju, płoną koszary i posterunki policji. Iran chwieje się pod naporem społecznego buntu
Jak wynika z pojawiających się doniesień, Iran doświadcza szeroko zakrojonego blackoutu Internetu. Nie jest to awaria, lecz najprawdopodobniej celowe wyłączenie. Towarzyszy mu także odcięcie linii telefonicznych. Autorytarne, teokratyczne władze Islamskiej Republiki coraz bardziej rozpaczliwie usiłują bowiem stłumić nasilające się od połowy grudnia protesty, które z czasem przekształcają się w siłowy bunt.
Dostęp do Internetu jest oczywistym i kluczowym czynnikiem służącym do wymiany informacji pośród Irańczyków. Kluczowym, choć najprawdopodobniej nie jedynym – protesty w dziesiątkach miejscowości, w tym również tych mniejszych, dotąd uchodzących za społeczną bazę reżimu ajatollahów, w dużej mierze wybuchają spontanicznie, w reakcji na represyjne posunięcia władz. Odcięcie sieci może natomiast znacząco zaciemnić obraz sytuacji, jaka rozwija się w tym kraju.
To o tyle istotne, że wedle niektórych obserwatorów, władze szykują w ten sposób grunt pod masakrę i zduszenie ulicznych buntów metodą czysto militarną. Na to wskazywać też może fakt, że do Iranu sprowadzić miano setki bojowników Hezbollahu czy irackich milicji szyickich, częstokroć bardziej lojalnych wobec ajatollahów niż członkowie irańskich sił bezpieczeństwa, milicji Basidż czy Pasdaranu, którzy przecież mają na miejscu swoje rodziny, które również doświadczają skutków załamania gospodarczego.
Oczywiście pozostaje pytaniem, czy władzom uda się odciąć Iran od sieci. W szkodę miał im bowiem wejść Elon Musk, po cichu udostępniając darmowy dostęp do Internetu w Iranie poprzez system Starlink. Organy represji mają także
Powrócą perscy szachowie?
Kryzys, w którego otchłani coraz głębiej pogrąża się Iran, choć rozpoczął się od protestów przeciw dewaluacji riala i dołujących standardów życia, szybko przeobraził się w bunt jednoznacznie polityczny. Protestujący wprost życzą śmierci najwyższemu przywódcy duchowo-politycznemu, ajatollahowi Alemu Chamenei, i wzywają do powrotu księcia Rezy Pahlawiego, żyjącemu na wygnaniu w USA następcy dynastii monarszej Iranu, obalonej w 1979 r. (notabene w bardzo podobnych co teraz okolicznościach).
Książę Pahlawi jest notabene bardzo aktywny publicznie, wspiera protesty. Ma też wykazywać chęć powrotu do irańskiej polityki. Istnieją sprzeczne wersje dot. jego kontaktów z Donaldem Trumpem i jego otoczeniem. Amerykański prezydent z jednej strony stwierdził, że „nie byłoby właściwe” jednoznaczne poparcie Pahlawiego jako kandydata do władzy. Z drugiej strony, pojawiają się doniesienia, jakby w przyszłym tygodniu książę miał być zaproszony do Mar-a-Lago.
Nader prawdopodobnie, że Trump czeka po prostu, co wyniknie z rozwoju wypadków i w jakim stanie znajdzie się Iran. A tam wydarzenia, ustalane niestety na podstawie spontanicznych przecieków i nagrań zamieszczanych w social mediach (jednak o niemożliwej do ustalenia wiarygodności), najwyraźniej nabierają tempa.
Iran w ogniu, dymie i dezinformacji
Uczestnicy ulicznych protestów mieli bowiem zająć, zniszczyć i/lub spalić szereg koszar i instalacji Pasdaranu, posterunków policji, gmachów urzędów publicznych oraz innych obiektów należących do państwa. Obalane są pomniki, plakaty propagandowe oraz flagi Islamskiej Republiki.
Pod kontrolą zbuntowanego tłumu ma się znajdować Wielki Bazar w Teheranie – tzw. ground zero całej fali obecnych protestów. Bazar ten miał zostać uprzednio „oczyszczony” przez siły bezpieczeństwa, jednak nie na długo. Starcia nie ograniczają się do niego – wiele stołecznych ulic ma być przejętych przez protestujących – ani do samego Teheranu.
Pojawiają się informacje, jakoby dwa miasta na zachodzie kraju (Iran na swych zachodnich krańcach jest zamieszkały przede wszystkim przez ludność kurdyjską) zostały w praktyce opanowane przez miejscowych manifestantów. Także w innych, również etnicznie perskich miejscowościach ma dochodzić do zaciekłych starć z formacjami rządowymi. Te ostatnie dość liberalnie korzystają z broni palnej, w wyniku czego miały paść już dziesiątki ofiar śmiertelnych.
Z drugiej jednak strony, także tzw. strona społeczna ma odpowiadać ogniem. Iran co prawda ma – w sposób bardzo typowy dla autorytarnych reżimów obawiających się buntu własnego społeczeństwa – bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące posiadania broni i pojawiały się już doniesienia o aresztowaniach pośród jej właścicieli. Z drugiej jednak strony, dostęp do czarnego rynku broni w regionie jest w zasadzie niewyczerpany (Iran graniczy przecież i z Irakiem, i Afganistanem…).
Wiele – na czele z blackoutem internetowym – wskazuje na to, ze intensywność starć w najbliższych dniach może wzrosnąć.
