Długi cień Maduro zza krat: Wenezuela w ogniu, oddziały na ulicach, bazy wojskowe pod bombami
Rajd prowadzący do aresztowania Nicolása Maduro, jakkolwiek bezsprzecznie najbardziej nośny medialnie, nie był bynajmniej jedynym aktem interwencji militarnej, pośrodku której obudziła się dzisiejszej nocy Wenezuela. Wprost przeciwnie, skala działań świadczyć by mogła o co najmniej zamiarze doprowadzenia do zmiany reżimu lub zamachu stanu, jeśli nie w ogóle otwartego uderzenia militarnego. Zbombardowano bowiem szereg obiektów, w tym tych o znaczeniu strategicznym lub politycznym.
Wszystko to ma ogromny wpływ na sytuację, w której znajduje się Wenezuela jako kraj, oraz kierunki jej rozwoju. Jej najbliższą przyszłość zdefiniuje rozgrywka o to, kto z grona socjalistycznego, „boliwariańskiego” reżimu okaże się jego tymczasowym zastępcą (a w praktyce po prostu zajmie jego miejsce), oraz czy opozycji, korzystając z osłabienia reżimu, chaosu, a także potencjalnie zewnętrznego wsparcia, uda się ów reżim obalić – czego nie udało się przy okazji ostatnich zeszłorocznych „wyborów” prezydenckich, sfałszowanych przez Maduro.
Sam Maduro ma przebywać obecnie w dyspozycji amerykańskiego federalnego systemu penitencjarnego. Opublikowano już pierwsze zdjęcia wenezuelskiego dyktatora już po schwytaniu, prowadzonego przez agentów organów antynarkotykowych i w zdecydowanie minorowym nastroju – choć wiarygodność fotografii jest trudna do ustalenia. Ujęcie prezydenta w żadnej mierze nie wyczerpuje jednak, jak się wydaje, listy amerykańskich celów w tym kraju.
Wenezuela pod bombami
Świadczy o tym skala operacji lotniczych amerykańskich sił zbrojnych dzisiejszej nocy. Z listy tych obiektów, które od miesięcy rozpoznawano jako potencjalne cele ataków lotniczych w przypadku rozszerzenia działań kinetycznych z Morza Karaibskiego (wymierzonych w jednostki przemytników) na ląd – a o którym spekulowano już od dawna, biorąc pod uwagę, że Wenezuela uchodziła za komfortową bazę dla karteli, a która przedstawia się następująco…
… w pierwszym uderzeniu porażono te najważniejsze:
czy też, wyliczając te ważniejsze:
Jak to wyglądało w praktyce?
W ciemności i chaosie
W pierwszej kolejności uderzyć miały samoloty o cechach utrudnionej wykrywalności (nie ma jasności, czy były to F-22 Raptor czy F-35 Lightning, choć w gruncie rzeczy na jedno wychodzi; zgoda panuje jedynie do tego, że Wenezuela najprawdopodobniej nie wymagała zaangażowania najcenniejszych bombowców strategicznych B-2 Spirit), których zadaniem było przełamanie wenezuelskiej obrony przeciwlotniczej, i tak słabej.
Nocne niebo w ogniu
Potem przyszła kolej na inne cele. Na niebie nad Caracas pojawiły się liczne samoloty, drony, a nawet śmigłowce, zupełnie otwarcie i z bliskiej odległości ostrzeliwujące wybrane obiekty.
Nocne niebo nad wenezuelską stolicą zostało w ten sposób udekorowane widokami, które najczęściej można zobaczyć ostatnio na Bliskim Wschodzie.
Lista punktów (na mapie) do załatwienia
Zbombardowano lub ostrzelano port morski oraz lotnisko pod Caracas, stołeczne bazy wojsk lądowych i powietrznych, składy broni, budynki publiczne, obiekty łączności i dowodzenia etc.
W gronie porażonych celów znalazły się także, jak twierdzi sama Wenezuela, domy członków rządu, choć ta informacja nie doczekała się jeszcze potwierdzenia.
Dezorientacja – królową wojen
Wenezuela okazała się do odparcia uderzenia generalnie nieprzygotowana. Publicznie kolportowane przez rząd Maduro oraz państwowe media nagrania masowych ćwiczeń „milicji boliwariańskiej” okazały się mieć wymiar głównie propagandowy. Oczywiście, owa masowa rzekomo milicja miałaby znaczenie głównie w przypadku inwazji lądowej, do której nie doszło.
Nawet jednak w przypadku kampanii lotniczej można by się spodziewać rozmieszczenia choćby przenośnych, naramiennych wyrzutni pocisków przeciwlotniczych klasy MANPADS. Tymczasem i do tego nie doszło – o czym świadczy fakt, że amerykańskie śmigłowce latają nad Caracas niemal obelżywie wolno, a mimo to brak doniesień, potwierdzonych lub nie, by jakieś zostały zestrzelone.
Obrona przeciwlotnicza kraju okazała się znajdować w podobnym stanie, co cala Wenezuela i jej gospodarka – po prostu nie działając. Władze kraju – te które pozostały (czyli najpewniej albo minister spraw wewnętrznych Diosdado Cabello, albo minister obrony Vladimir Padrino López) ogłosiły stan wyjątkowy, ich inne działania wydają się jednak nieco chaotyczne.
Priorytety panów z rządu
Pojawiają się bowiem informacje o tym, że wenezuelskie oddziały (regularna armia? oddziały policyjne lub milicyjne? inne formacje?) porzucają bazy wojskowe – w tym główną stołeczną bazę, Fort Tiana. Za to, co jakże typowe, jakieś oddziały wojskowe zaczęły koncentrować się wokół pałacu prezydenckiego Miraflores. Obudziło się także wenezuelskie lotnictwo, dysponujące starszymi wersjami F-16 A/B i całkiem nowymi, choć nie wiadomo jak sprawnymi Su-30MK2
Co ciekawe, na razie nie ma ani słowa na temat tego, by Wenezuela i jej formacje zbrojne wykonały jakiekolwiek działania zaczepne wobec Amerykanów. Nawet śladów aktywnej obrony póki co brakuje. Mając to na względzie, nie sposób wykluczyć, że działania wenezuelskich sił mają przede wszystkim… wymiar wewnętrzny, i służą zabezpieczeniu przejęcia władzy przez ludzi, wobec których oddziały te są lojalne (o kogokolwiek by tu nie chodziło).
Co prawda działania wyglądające na przygotowania do przewrotu czy nawet wewnętrznego konfliktu w obliczu bombardowań lotniczych państwa uznawanego za zadeklarowanego wroga wydają się wprost abstrakcyjne, jednak możliwość ta jest nie tylko logiczna – biorąc pod uwagę próżnię władzy pozostawioną przez Maduro – ale pasuje też jak ulał do jakości elity politycznej, pod której rządami Wenezuela znajduje się przez ostatnie dwie dekady.
