Rafał Zaorski: 'Widzimy się pod mostem’. Polski spekulant stracił fortunę na spekulacji kruszcem?
Rafał Zaorski po raz kolejny próbuje grać przeciwko rynkowi metali szlachetnych w momencie, gdy sentyment osiągnął poziomy jednoznacznie euforyczne. Srebro, po wzroście blisko 150 procent w 2025 roku, przebiło barierę 100 dolarów za uncję i wzrosło do ok. 110 USD… A złoto po raz pierwszy w historii przekroczyło poziom 5 tysięcy dolarów i szybko skoczyło do niemal 5100 USD za uncję. To nie jest neutralne tło dla shortów. Każda próba gry na spadki odbywa się pod presją silnej narracji makro.
Zaorski nie ukrywa swoich zamiarów ani skali ryzyka. Deklaruje krótką pozycję na srebrze w rejonie 110,2 dolara z celem poniżej 100 dolarów, równolegle dokładając shorty na złocie w okolicach 5 060 dolarów. Podkreśla przy tym, że to trzecie podejście do tego zagrania w obecnym ruchu, co samo w sobie mówi sporo o trudności tej strategii. Dodał też wymowne 'widzimy się pod mostem’, jeśli i tym razem jego spekulacyjna pozycja nie przyniesie zysków.
Straty zamiast legendy
Istotne jest to, że nie buduje wokół tych zagrań mitu skuteczności. Wprost przyznaje, że wcześniejsze pozycje zostały zamknięte w stracie, a zysk z udanego shorta na srebrze z końcówki grudnia, kiedy cena spadła z 83,6 do 71 dolarów, został w całości oddany w kolejnych próbach. Zaorski co jakiś czas podejmuje zagrania na spadki, idąc prawdopodobnie w ślad za strategią Jesse Livermoore’a, który w końcu 'trafił’ z krótkimi pozycjami na krach 1929 roku.
Ale prawdopodobieństwo, że Zaorski i dziś trafi na podobny krach jest niższe, niż że trend trwał będzie nadal. Shortowanie metali w obecnym otoczeniu nie jest walką z chwilową anomalią, lecz z pełnym zestawem czynników wspierających wzrosty. Geopolityka, napięcia wokół polityki handlowej USA, oczekiwania na kolejne cięcia stóp przez Fed, słabszy dolar i silny popyt ze strony banków centralnych realnie podtrzymują trend.
Co więcej, konflikt Waszyngtonu z Europą budzi obawy o sprzedaż amerykańskich obligacji w gospodarkach Północnej Europy i sugeruje dużym traderom, by dywersyfikować się poza Nowym Jorkiem i Los Angeles. Zadem to nie jest rynek oderwany od fundamentów, nawet jeśli wyceny wyglądają na ekstremalne. Przeciętny Kowalski wciąż nie posiada na własność ani grama czystego złota, więc trudno dostrzec tu warunki 'detalicznej manii’.
Gra na czas, nie na rację
Zaorski jasno zaznacza, że nie próbuje wyznaczać historycznego szczytu. Mówi wprost, że gra na czas, a nie na poziomy, celując tym razem w ruch pod poniedziałkowe otwarcie rynku w USA. To klasyczna spekulacja krótkoterminowa. Opiera się na założeniu, że nawet w silnej hossie dochodzi do gwałtownych cofnięć wywołanych realizacją zysków i przeciążeniem pozycji długich.
Problem polega na tym, że mania potrafi trwać dłużej, niż shortujący są w stanie utrzymać pozycje. Rynek może być przegrzany, a jednocześnie przez długi czas ignorować wszelkie sygnały ostrzegawcze. W takich warunkach racja co do psychologii tłumu nie zawsze przekłada się na wynik finansowy.
Trend silniejszy od spekulanta
Obecny rajd złota i srebra to nie tylko emocje inwestorów detalicznych, ale strukturalny popyt, który nie znika z dnia na dzień. Właśnie dlatego kolejne próby shortowania kończą się dla Zaorskiego stratami, mimo że intuicja dotycząca przegrzania rynku nie jest odosobniona. Warunki techniczne krzyczą, że metale szlachetne powinny zmierzać do korekty… Ale krzyczą tak już od tygodni (!)
Zatem to nie żadna historia o mistrzu, który „czyta rynek lepiej od innych”. Raczej zapis zmagania się z trendem, który ma za sobą makroekonomiczne wsparcie. Shortowanie w takim momencie bywa logiczne z punktu widzenia psychologii spekulacji, ale statystycznie jest jedną z najtrudniejszych gier. To także 'nauczka’ dla przyszłych inwestorów.
Zagrania Zaorskiego na metalach szlachetnych są dojrzałe z punktu widzenia świadomości ryzyka, ale trudno znaleźć dla nich logiczne uzasadnienie inne, niż chęć 'odegrania się’ rynkowi za serię ostatnich strat. Pamiętajmy jednak, że kosztowne potrafi być granie przeciwko manii, ale kosztowne bywa i podążanie z trendem… Rynek nie ma obowiązku zawracać wtedy, gdy wydaje się to najbardziej racjonalne. Częściej robi to wtedy, gdy większość spekulantów obstawiających przeciwko masie jest już poza grą.
