Jaka jest teraz uczciwa wycena kryptowaluty Ethereum? Czy ETH jest niedowartościowane czy przewartościowane?

Jaka jest teraz uczciwa wycena kryptowaluty Ethereum? Czy ETH jest niedowartościowane czy przewartościowane?

Wahania cen na rynku kryptowalut mają to do siebie, że potrafią w kilka dni unieważnić pewność siebie, z jaką inwestorzy jeszcze chwilę wcześniej opowiadali o „oczywistych” poziomach wsparcia i oporu. Ethereum (ETH), czyli druga największa kryptowaluta świata i paliwo dla sieci Ethereum, jest tego dobrym przykładem: raz bywa przedstawiane jako infrastruktura dla finansów przyszłości, innym razem jako aktywo, które nie potrafi „udowodnić”, że zasługuje na wyższą wycenę. Warto w takim razie zadać sobie fundamentalne pytanie o „wartość godziwą” – nie w sensie księgowym, lecz jako próbę policzenia, ile Ethereum „powinno” kosztować przy danych założeniach o jego użyteczności i ekonomii sieci.

Czy Ethereum jest niedowartościowane?

W ostatnich tygodniach głośno zrobiło się o publicznie dostępnym narzędziu ETHval, przygotowanym przez Simona Seojoona Kima, szefa funduszu Hashed. To dashboard czyli panel, który zestawia ze sobą wyniki wielu modeli wyceny i w czasie rzeczywistym aktualizuje ich wskazania na podstawie danych sieciowych. Najbardziej nośna jest liczba zbiorcza: tzw. kompozytowa wartość godziwa, czyli średnia (w narzędziu: agregacja) wyników kilkunastu różnych podejść. W przywoływanym przez Kima ujęciu kompozyt sugerował, że rynek wycenia Ethereum wyraźnie niżej niż wskazuje na to większość modeli, co oznaczałoby „niedowartościowanie” rzędu kilkudziesięciu procent.

Według modelu Ethereum jest aktualnie mocno niedowartościowane

Taki przekaz łatwo zamienić w prostą historię: skoro model mówi „za tanio”, to cena powinna dogonić „prawdziwą” wartość. Problem w tym, że modele w ETHval nie są wyrocznią, tylko zestawem różnych, często wzajemnie sprzecznych szkół myślenia o tym, czym w ogóle jest Ethereum: aktywem technologicznym, „towarem” zużywanym w transakcjach, bonem procentowym dzięki stakingowi (stawianiu ETH w roli zabezpieczenia sieci w mechanizmie Proof of Stake, czyli „dowodu stawki”), czy może monetarną bazą całego ekosystemu.

Najlepiej pokazuje to rozrzut wskazań. W jednym z najszerzej cytowanych zestawień skrajnie konserwatywny model oparty o wskaźnik P/S (price-to-sales, czyli relacja ceny do sprzedaży) – przeniesiony z rynku akcji i bazujący na mnożniku przychodów – dawał wycenę absurdalnie niską w relacji do rynku. Z drugiej strony model inspirowany równaniem ilościowym pieniądza MV=PQ (gdzie M to podaż pieniądza, V – szybkość obiegu, P – poziom cen, Q – wolumen transakcji) potrafił wyprowadzić wartości wielokrotnie wyższe od bieżącej ceny, zakładając, że Ethereum stanie się fundamentem rozliczeń ogromnej części transakcji w całym ekosystemie.

Rynek wycenia Ethereum wyraźnie niżej niż wskazuje na to większość modeli, co oznaczałoby „niedowartościowanie” rzędu kilkudziesięciu procent.

Skomplikujmy to jeszcze bardziej

Z punktu widzenia przeciętnego czytelnika nie chodzi jednak o to, który wzór jest „ładniejszy”, ale o to, co tak naprawdę jest liczone. Modele oparte o „przychody” sieci korzystają zwykle z opłat transakcyjnych (fees). Tyle że opłaty w Ethereum nie są odpowiednikiem sprzedaży w firmie, bo część z nich może być spalana (usuwana z obiegu), a część trafia do walidatorów (uczestników utrzymujących sieć). Z kolei modele „rentowności” patrzą na nagrody ze stakingu i próbują potraktować ETH jak aktywo przynoszące stopę zwrotu, podobnie do obligacji. Tu znowu wchodzą założenia: czy staking traktować jak „kupon”, czy raczej jako wynagrodzenie za ryzyko technologiczne i regulacyjne? Czy bieżąca stopa zwrotu ma odzwierciedlać przyszłość, skoro parametry emisji i spalania zmieniają się wraz z aktywnością sieci?

Ważnym elementem tej układanki są też warstwy sieci. Ethereum jako warstwa pierwsza (layer-1, czyli główny łańcuch) coraz częściej współdzieli ruch z warstwami drugimi (layer-2, czyli rozwiązaniami skalującymi, które przenoszą część transakcji poza główny łańcuch). Dla użytkownika to zazwyczaj tańsze i szybsze operacje. Dla wyceny – źródło sporu o to, gdzie w długim terminie „materializuje się wartość”: czy w samej warstwie pierwszej, która zapewnia bezpieczeństwo i finalność rozliczeń, czy raczej w aplikacjach i rozwiązaniach drugiej warstwy, które mogą przejmować część opłat. W praktyce jeden model może uznać rosnące wykorzystanie layer-2 za sygnał wzrostu ekosystemu i argument za wyższą wyceną, a inny może potraktować to jako presję na przychody warstwy pierwszej i argument za wyceną niższą.

To tłumaczy, dlaczego w narzędziu Kima dominują wnioski o „niedowartościowaniu”, ale jednocześnie nie da się z tego uczciwie wyprowadzić prostego celu cenowego. Kompozytowa liczba jest atrakcyjna komunikacyjnie, bo wygląda jak jeden wynik, jednak w rzeczywistości jest średnią różnych światów – a średnia z wielu założeń nie staje się automatycznie prawdą. W finansach tradycyjnych (akcje, obligacje) modele też bywają rozbieżne, ale zwykle opierają się o coś, co łatwiej porównać: przepływy pieniężne, marże, koszt kapitału. W kryptowalutach rdzeniem wyceny jest przyjęcie tezy o tym, jak sieć będzie używana i kto będzie płacił za bezpieczeństwo, dostęp do danych lub rozliczenia.

Inwestowanie jako wiara w przyszłość

Dlatego najrozsądniej patrzeć na ETHval jak na narzędzie do testowania własnych scenariuszy, a nie jak na automat, który „wypluwa” prawidłową cenę. Jeżeli ktoś wierzy, że Ethereum będzie podstawową infrastrukturą dla tokenizacji aktywów i finansów zdecentralizowanych (DeFi, czyli zdecentralizowanych finansów), naturalnie skłoni się ku modelom, które premiują wolumen i szeroko rozumianą aktywność. Jeżeli ktoś uważa, że opłaty będą systematycznie spadać przez konkurencję warstw drugich lub innych sieci, bardziej przekonające okażą się modele oparte o przychody i mnożniki.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik: emocje i płynność. Nawet najlepsza tabela nie odpowie na pytanie, kiedy rynek „zechce” wycenić dane założenia. Cena jest wynikiem krótkoterminowej równowagi popytu i podaży, a wartość godziwa – próbą uporządkowania narracji o tym, co sieć może znaczyć za kilka lat. Dla inwestora kluczowe jest więc nie tyle to, czy kompozyt pokazuje kilkadziesiąt procent różnicy, lecz czy rozumie, jakie elementy tej różnicy wynikają z danych, a jakie z arbitralnych założeń.

Jeśli narzędzia takie jak ETHval mają praktyczny sens, to przede wszystkim jako „deska rozdzielcza” ryzyk: pokazują, jak bardzo wycena zmienia się, gdy przesuniemy jedno pokrętło – np. wolumen, opłaty, „premię monetarną” czy oczekiwaną stopę zwrotu ze stakingu. To podejście bliższe analizie scenariuszowej niż prognozie. A to, w świecie aktywów o tak wysokiej zmienności, bywa bardziej wartościowe niż jedna liczba podana z przesadną pewnością.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!
Kryptowaluty bezpiecznie kupisz lub sprzedasz w sieci kantorów i bitomatów FlyingAtom
Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.