Panika, wyprzedaż domów, fala bezrobocia. Efekty rządowych redukcji
Stwierdzenie zakładające, że domy w stolicy USA – i to te luksusowe oraz dobrze zlokalizowane – jeszcze nigdy nie były tak tanie i dostępne, zapewne byłoby nieco na wyrost. Z pewnością jednak Waszyngton – a ściślej federalny Dystrykt Kolumbii (District of Columbia, najczęściej określany po prostu jako DC) nie doświadczył w najnowszych czasach tak daleko sięgających zawirowań rynkowych.
A wszystko dzięki masowym redukcjom budżetów, etatów i nieprawdopodobnego wręcz w swojej skali trwonienia publicznych środków, dokonywanym na żywo przez ekipę Donalda Trumpa. Cięcia dotykające ogromnie nabrzmiałej biurokracji, której epicentrum stanowił Waszyngton, jakkolwiek zbawcze dla amerykańskich finansów i nader popularne w szerokich kręgach społeczeństwa za oceanem, stanowią zarazem istny Armagedon dla tysięcy pracowników owej biurokracji.
Waszyngton spasiony pieniędzmi
Przedstawiciele rzeczonej (jak również pracownicy sektora non-gov’ów i pokrewncyh), na przekór coraz gorszej sytuacji budżetowej Stanów Zjednoczonych, żyli w niebywale cieplarnianych warunkach. Do niedawna mogąc pracować zdalnie, z niewielką lub żadną kontrolą efektów ich pracy i kompetencji, oraz na warunkach, w myśl których (ponownie, do niedawna) praktycznie nie musieli obawiać się zwolnienia, jednocześnie otrzymywali oni nader sute wynagrodzenia.
Same wynagrodzenia zresztą stanowiły wręcz niewielki stopień środków, które trafiały do polityków, urzędników oraz środowisk z nimi powiązanych (np. pracowników niezliczonych, zyskownych „non-profitów”). Jak sugerują bowiem rewelacje odkrywane przez Departament ds. Rządowej Efektywności (DOGE), środowiska te stworzyły stałe mechanizmy transferowania ogromnych pieniędzy z budżetu państwa do własnych kieszeni za pomocą bajońskich grantów, dotacji, dofinansowań etc.
Ogółem, nie sposób na razie jednoznacznie orzec, w jakiej konkretnie czarnej dziurze corocznie znikały pieniądze, które składają się na amerykański budżet federalny (6,8 biliona dolarów w 2024) oraz dług publiczny (36,1 biliona pod koniec grudnia). Wiele jednak wskazuje, że jedną z takich czarnych dziur był właśnie Waszyngton. Zaś nietrywialna część tej ogromnej kwoty finansowała wystawne życie oraz cały ekosystem gospodarczy działający na rzecz federalnej biurokracji. I tak było od „zawsze”.
Koniec życia z bajki
Owo „zawsze” skończyło się jednak trzy tygodnie temu. Od czasu inauguracji Donalda Trumpa Waszyngton odnotował likwidację bądź zawieszenie ponad 275 tysięcy federalnych, suto opłacanych etatów. Bezrobocie w mieście ostro podskoczyło, choć i tak daleko nie każdy zwolniony był formalnie mieszkańcem Dystryktu Kolumbii. W ślad za tym idą zaś domy. Idą – w znaczeniu pod młotek.
Jak wynika z analiz przedmiotowych, rynek nieruchomości obejmujący sam Waszyngton, a także jego najbliższe okolice – dotąd jeden z bardziej niedostępnych – zawiera obecne 8 tys. ofert domów. Aż połowa z nich trafiła na sprzedaż w ciągu ostatnich 30 dni. Z kolei cenowa mediana nieruchomości w stolicy USA od listopada zeszłego roku (czyli wyborów) do lutego spadła aż o 20%. Z 699 tys. do 560 tys. dolarów.
Co więcej, ostry wzrost liczby ofert dotyczył zwłaszcza najdroższych domów, czyli tych kosztujących powyżej 1 miliona dolarów. W pewien sposób koresponduje to z zapowiedziami Elona Muska, że DOGE skupi swoją atencję w szczególności na tych federalnych urzędnikach, których wartość majątku dalece przekracza poziom, który powinien wynikać z ich oficjalnego wynagrodzenia.