„Suwerenność to bariera handlowa”. Firmy Big Tech-u tworzą międzynarodowy kartel, chcą wyznaczać zasady „zaufania”
W piątek grono koncernów technologicznych, na czele z firmami Microsoft oraz Ericsson, ogłosiło utworzenie „Trusted Tech Alliance” – sojuszu, do którego dołączyły m.in. Anthropic, Amazon Web Services, Google (Alphabet), Reliance Jio Platforms, Nokia, Cohere, NTT oraz SAP. Inicjatywa, promowana jako „globalna koalicja na rzecz zaufania cyfrowego”, zakłada wypracowanie jednolitego, wysokiego standardu tegoż „zaufania”, w teorii niezależnie od kraju pochodzenia technologii.
Kluczowe elementy porozumienia to pięć zasad: silny ład korporacyjny, etyczne postępowanie, bezpieczny rozwój technologii, przestrzeganie globalnych norm bezpieczeństwa w łańcuchach dostaw oraz poparcie dla „otwartego środowiska cyfrowego”. Jak łatwo dostrzec, zasady te sformułowano tak ogólnie, że możliwości interpretacyjne są wręcz nieograniczone. Już wywołało to domysły, że pod tymi dość anemicznie i bezpłciowo brzmiącymi hasłami kryć się może coś więcej, niż miałoby to sugerować dosłowne ich brzmienie.
Prawda z ust prezesów
Podejrzenia te można uznać za o tyle niepozbawione pewnych racji, że firmy mają samodzielnie poświadczać zgodność swojego działania z tymi regułami, z opcją późniejszych weryfikacji zewnętrznych. O co faktycznie może w takim razie chodzić w całym porozumieniu? Wyjaśnili to dość dobitnie przedstawiciele zainteresowanych koncernów. Prezes Ericssona, Börje Ekholma, stwierdził, że „Nie ma na świecie państwa, które mogłoby być w pełni suwerenne samodzielnie”. Był też uprzejmy dodać, z tyleż rozbrajającą, co dość butną szczerością, że narodowa „suwerenność (…) to w zasadzie bariera handlowa”.
Ekholmowi wtórował, w bardzo podobnym tonie, prezes koncernu Microsoft, Brad Smith, który skonstatował, że „wiele krajów czuje nacisk, by wzmaniać granic w sferze technologicznej oraz koncentrować się na swej suwerenności cyfrowej”. Tym niepoważnym, zdaje się sugerować Smith, próbom, zrzeszone koncerny zamierzają przeciwstawić „wysokie standardy, które wyraźnie pokażą im, czym jest definicja zaufania” i działać w celu stworzenia przeciwwagi dla obecnego trendu „rozjeżdżania się” państw w kwestiach technologicznych.
Technologicznym butem odwrócić procesy
Jak chcą krytycy, koncerny technologiczne usiłują tutaj wynieść – ponad tak krytykowaną przez nie suwerennością narodową – swoją własną „suwerenność korporacyjną”. W praktyce ich deklaracje oznaczaną bowiem próbę narzucenia jednolitego zestawu kryteriów wymuszonego „zaufania” w obszarze sztucznej inteligencji, chmury obliczeniowej, infrastruktury telekomunikacyjnej i bezpieczeństwa danych – dziedzinach, w których państwa narodowe, zwłaszcza w Europie i Azji, od kilku lat budują mechanizmy cyfrowej suwerenności.
W warunkach działań, które podjęła administracja amerykańska w okresie drugiej kadencji Donalda Trumpa – przyjmując bardziej izolacjonistyczną postawę wobec eksportu technologii w obawie przed zjawiskiem masowego wykradania rozwiązań technologicznych przez Chiny (jak i wyznaczając bardziej zdecydowaną linię wobec koncernów technologicznych) – Unia Europejska i niektóre kraje azjatyckie przyspieszyły inwestycje (lub choć deklarują ich przyspieszenie) w krajowe lub regionalne rozwiązania chmurowe, regulacje AI Act oraz ograniczenia zależności od amerykańskich gigantów.
Big Tech widzi się jako suweren?
Powstanie „Trusted Tech Alliance” należy odczytywać jako zorganizowaną odpowiedź Big Techu na te procesy. Korporacje kontrolujące ponad 70 proc. globalnego rynku chmury i kluczowe modele językowe, de facto tworzą kartel, który pod hasłem „zaufania” chce przejąć rolę dewelopera i strażnika norm regulujących przepływ danych i dostęp do technologii. Suwerenność cyfrowa państwa – czyli zdolność do samodzielnego decydowania o infrastrukturze krytycznej, ochronie danych obywateli i regulacji algorytmów – staje się w ich narracji kategorią, która musi ustąpić ich interesowi.
Inicjatywa wpisuje się w szerszy wzorzec, w którym najwięksi gracze rynkowi próbują sami kształować regulacje państwowe, narzucając własne standardy zgodności (w przypadku firmy Microsoft nie byłoby to niczym nowym, a i Google czy Amazon mają tu pewne „doświadczenia). W efekcie zamiast wielobiegunowego świata cyfrowego, w którym państwa zachowują realną kontrolę nad strategicznymi technologiami, powstaje model, w którym pryncypia ustanawiają podmioty prywatne o globalnej skali oddziaływania i minimalnej odpowiedzialności demokratycznej.
Nie sposób w tych okolicznościach się dziwić, że w wielu krajach kwestia zabezpieczenia suwerenności – precyzyjnie przed takimi właśnie koncernami technologicznymi, jak wspomniane – jest postrzegana z taką uwagą.