ONZ apeluje: załogi statków muszą pozostać bezbronne wobec piratów

Międzynarodowa Organizacja Morska (International Maritime Organization – IMO), struktura podległa Organizacji Narodów Zjednoczonych, zareagowała na najnowszą falę ataków somalijskich piratów. Fakt ten byłby może i zachęcający – co prawda nie żeby IMO czy ONZ kiedykolwiek w swej historii okazały faktyczną sprawczość w rozwiązywaniu tego problemu, ale samo to, że urzędnicy tych organizacji ów problem dostrzegli, to już coś – gdyby nie to, że zareagowały one na te ataki w sposób zakrawający na surrealistyczną farsę.

IMO, agencja ONZ odpowiedzialna w teorii za „bezpieczeństwo morskie” (!), dostrzegła, że somalijscy piraci znów są problemem. Co prawda zwiększenie aktywności somalijskich bandytów morskich notuje się już od wiosny tego roku – wpływ na to miała zarówno piracka aktywność Hutich z pobliskiego Jemenu, jak i wojna amerykańsko-irańska oraz przekierowanie uwagi flot dotychczas patrolujących akweny w pobliżu Somalii – ale lepiej późno niż jeszcze później. Okazją do tego, by Organizacja przypomniała światu o swoim istnieniu, było zeszłotygodniowe porwanie przez piratów tankowca M.T. Sibu, znanego także jako Seamull, płynącego pod flagą Erytrei na wodach Zatoki Adeńskiej.

Kierownictwo IMO opublikowało przy tej okazji typowy dla siebie, generyczny komunikat – perorując o tym, jak to żaden marynarz nie powinien stać w obliczu „groźby przemocy lub zastraszania”, bla bla bla… – wzbogacony o żądania „natychmiastowego i bezwarunkowego” uwolnienia załóg tego i innych statków, które padły łupem piratów. Doprawdy ciężko przy tym stwierdzić, czemu konkretnie mają służyć takie żądania, skoro jedynym ich praktycznym skutkiem jest ośmieszanie samej Organizacji – wobec oczywistego braku zamiaru spełnienia tych żądań przez piratów, i równie oczywistego braku możliwości ich wyegzekwowania przez IMO czy ONZ.

Bezbronność – podstawą w „kontaktach” z piratami

Niestety, na imbecylnych żądaniach Organizacja nie poprzestała. Prócz nich domaga się bowiem, by w reakcji na zagrożenie ze strony piratów – oraz naturalnie „w trosce o bezpieczeństwo i ochronę” marynarzy – wdrożyć jej zalecenia dot. dobrych praktyk w dziedzinie zarządzania ryzykiem, opisane w dokumencie MSC.1/Circ.1333/Rev.1. W myśl zaleceń zapisanych w tym dokumencie, IMO domaga się, by państwa morskie „zdecydowane zniechęcały” załogi statków handlowych do uzbrajania się i korzystania z broni palnej w celu ochrony siebie lub jednostki. Organizacja twierdzi, że broń na statkach może „eskalować przemoc” – bo przecież piratów mogłaby spotkać krzywda, gdyby ktoś do nich strzelał.

Agencji ONZ-u przeszkadza też fakt, że załogi statków są cywilami – a byle cywilom, jej zdaniem, nie powinno być wolno się bronić z użyciem broni. Ba, nawet specjalistyczne zespoły ochrony (najemnicy, innymi słowy), często wynajmowani w celu ochrony statków, powinni zdaniem IMO operować jako nieuzbrojone służby prewencyjne. Naturalnie fakt, że sami piraci masowo używają karabinków typoszeregu AK, granatników RPG, a czasem i cięższego uzbrojenia, biurokratom IMO zdaje się nie przeszkadzać – przynajmniej tak długo, jak nie napotykają oni zbrojnego oporu ze strony zaatakowanych. Nie trzeba zapewne dodawać, że bezbronne statki i załogi są dla takich piratów łatwym łupem.

Priorytety pań i panów z ONZ

Cały apel wydaje się zatem tak nonsensowny, że powinno być to oczywiste nawet dla biurokratów ONZ. I najpewniej takowym jest. Skąd zatem w ogóle się pojawił? O co faktycznie może chodzić w apelu IMO o rozbrajanie załóg statków, nawet w obliczu największego natężenia ataków pirackich od dawna, mogą sugerować pewne fragmenty tych zaleceń. W oczywisty sposób nieszczere i niekorespondujące z rzeczywistością sugestie nt. tego, jakim to zagrożeniem rzekomo jest broń w rękach załóg, sąsiadują bowiem z mglistymi groźbami dot. „ryzyka prawnego”. Innymi słowy, chodzi o fakt, że przepisy rozbrojeniowe wielu krajów mają na celu ochronę monopolu państw na jakąkolwiek formę obrony, kosztem bezpieczeństwa jednostek.

W tym kontekście fala ataków somalijskich piratów stanowi, owszem, zagrożenie dla międzynarodowej żeglugi handlowej i transportowej. Ale zdaniem agencji ONZ, wydaje się to także stanowić zagrożenie w również innym wymiarze – w tym mianowicie, że może doprowadzić do stopniowej popularyzacji uzbrajania się i sięgania po zbrojną samoobronę przez statki i ich załogi bez korzystania z nieefektywnego pośrednictwa samozwańczych monopolistów w tej dziedzinie, czyli organów państwowych. A to, w optyce Organizacji, stanowić może perspektywę gorszą niż nawet zwielokrotnione szkody powodowane przez rozzuchwalonych swą bezkarnością piratów.

Tytułem napomknienia, w pierwszej połowie tego roku Międzynarodowe Biuro Morskie (International Maritime Bureau) odnotowało 38 incydentów pirackich i rozbojów na morzu, w tym pięć udanych porwań statków. Somali piraci odpowiedzialni są za 94% wszystkich porwań załóg w tym okresie, zaś od 22 sierpnia w ich rękach znajduje się 90 marynarzy – zakładników z co najmniej sześciu porwanych jednostek, w tym tankowców MT Honour 25, MT Asana, MT Eureka oraz statku towarowego Sward.

„Zapewne wielu z was zginie – ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów”

~ lord Farquaad ze „Shreka”