Oficjalne linie lotnicze wznawiają działalność – po 35 latach. Atrybut „poważnego” państwa?

Narodowe somalijskie linie lotnicze, Somali Airlines, znów wzbiją się powietrze. Pierwszy raz po „tymczasowej” przerwie, która okazała się w ich przypadku trwać drobne 35 lat – tj. od upadku dyktatury gen. Mohammeda Siada Barre w 1991 r. Być może zresztą nazywanie Somali Airlines mianem „linii lotniczych” jest określeniem nieco na wyrost, jeśli wziąć pod uwagę, że flota przewoźnika będzie się z początku składać z 2 (słownie: dwóch) samolotów. Konkretnie – używanych Airbusów A320-200 zakupionych od Lima Holding Group jeszcze w lipcu 2025 roku. Faktyczną działalność rozpoczną one, wedle niektórych doniesień, we wrześniu. Po 14 miesiącach od pozyskania… co skądinąd dobrze ilustruje problemy, z jakimi zmaga się Somalia

Wedle założeń, restytuowane somalijskie linie lotnicze mają zapewniać komunikację lotniczą – jeśli naturalnie można tak nazwać loty wykonywane przez owe dwa samoloty – głównie do państw Bliskiego Wschodu oraz sąsiednich krajów afrykańskich. Niemal na pewno jednak nie wszystkich, biorąc pod uwagę wiecznie żywe animozje polityczne w regionie. Airbusy wspomnianego modelu, o zasięgu około 6,1 tys. kilometrów, będą wykorzystywane w konfiguracji jednoklasowej (najwyraźniej oceniono, że pośród klientów latających klasą biznes nie znajdą się raczej chętni na odwiedzenie Somalii…), przewożąc 180 pasażerów. Planuje się rozbudowę floty o kolejne 2-3 maszyny, w tym modele zdolne do obsługi długich tras.

Równocześnie trwa budowa nowego międzynarodowego portu lotniczego w Mahay, 60 km od stolicy, który ma zastąpić przestarzałe lotnisko Aden Adde International Airport (to samo, które w czasie ONZ-owskiej interwencji w 1993 r. pełniło rolę amerykańskiej bazy, co unieśmiertelniono w filmie „Black Hawk Down”). Tego jednak, kiedy faktycznie nowe lotnisko będzie gotowe, nie sposób wiarygodnie określić. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że do niedawna dla służb bezpieczeństwa podległych tymczasowemu rządowi w Mogadiszu sporym wyzwaniem była ochrona nawet samych gmachów głównych konstytucyjnych organów państwa, a co dopiero mówić o oddalonym o dziesiątki kilometrów porcie lotniczym…

Linie lotnicze jako wyznacznik losów kraju

Katastrofa Somali Airlines nastąpiła w sposób podobny do losu, który spotkał całą resztę struktur tego państwa – po prostu „rozpełzły się” one na wszystkie strony, gdy w styczniu 1991 roku wybuchła tam wojna domowa, zaś zbuntowane klany obaliły dyktaturę Siada Barre. Wraz z jego upadkiem przyszedł faktyczny rozpad w teorii marksistowskiego, zaś w praktyce kleptokratycznego, na wskroś przesiąkniętego korupcją państwa. Formalnie somalijskie linie lotnicze nie zostały nigdy zlikwidowane, jednak wraz z dezintegracją centralnych struktur państwowych i rozpadem narodowej armii, wszelkie oficjalne instytucje oraz państwowe firmy także przestały istnieć jako zorganizowana całość.

To samo spotkało też krajowe linie lotnicze i ich flotę, składającą się wówczas z Airbusa A320, kilku Boeingów 707 różnych wersji czy dwóch Dornierów 228. Część z tych samolotów, szczęśliwie dla ich załóg, „ugrzęzła” za granicą, gdy wybuchła wojna, i już do kraju nie wróciła. Niektóre zabrali leasingodawcy, część doraźnie sprzedano, część po prostu porzucono, najpewniej niektóre po prostu wzięli sobie na własność ludzie, którzy akurat mieli taką sposobność. I tak zresztą nie było jak już latać do Somalii, gdyż tamtejsze lotniska stały się polami bitew, zniknęła wszelka kontrola przestrzeni powietrznej czy jakikolwiek podmiot, który w sensie prawnym i fizycznym byłby gotów przewoźnika utrzymać czy ubezpieczyć.

Popyt na transport lotniczy, który przecież nie zaniknął, obsługiwali odtąd prywatni, „nieuregulowani” przewoźnicy w rodzaju Jubba Airways czy Daallo Airlines, czy po prostu wynajmowane bez jakichkolwiek formalności przypadkowe samoloty. Stan taki pogłębił się, gdy w następnych dekadach terytorium Somalii uległo dalszemu podziałowi, rozpadając się na kompletnie niezależne (głośny niekiedy Somaliland) oraz autonomiczne (znany z aktywości pirackiej Puntland) republiki, klanowe strefy wpływów, tereny zarządzane przez zbrojne milicje i watażków, czy wreszcie enklawy ugrupowań islamistycznych. Podział ten trwa zresztą do dzisiaj, zaś formalnie samozwańczy Somaliland cieszy się znacząco większym bogactwem i spokojem niż Mogadiszu.

„My tymi samolotami otwieramy oczy niedowiarkom”

W takich okolicznościach samo wznowienie działalności narodowego przewoźnika, choćby i w wariancie szkieletowym, i tak należy uznać za niemałe osiągnięcie. Nawet jeśli ma ono wymiar bardziej polityczny niż gospodarczy. Tymczasowemu rządowi federalnemu Somalii niemal na pewno chodzi zresztą właśnie o aspekt polityczny. Zwłaszcza, że nie bardzo ma się on czym pochwalić na innych polach. Legitymizacja do rządów tymczasowego prezydenta Hassana Szejka Mohammeda – którego kadencja formalnie wygasła w maju tego roku – jest otwarcie kwestionowana. Zarazem zdominowany przez jego stronników tymczasowy parlament odmawia rozpisania nowych wyborów, przeciągając polityczne status quo w nieskończoność.

Co za tym idzie, autonomiczny (a realnie niezależny we wszystkim prócz nazwy) Puntland wycofał się z choćby pozornego uznawania władz centralnych za teoretycznego zwierzchnika. Somaliland, który – pomimo wściekłych filipik płynących z Mogadiszu – otwarcie zabiega na arenie dyplomatycznej o uznanie swej już dawno temu ogłoszonej niepodległości, nigdy się temu rządowi nie podporządkował, choćby i symbolicznie, i nie zamierza tego robić. Dodatkowo spore połacie interioru południowej Somalii kontrolują islamiści z Asz-Szabab, a i lojalność miejscowych klanów bywa chwiejna. W ten sposób wpływy rządu federalnego realnie sięgają najwyżej 20 proc. terytorium kraju, i trudno go uznać za faktycznego reprezentanta Somalii.

Stąd też odnowienie „narodowych” linii lotniczych – symbolu suwerenności i ciągłości państwowej – ma najprawdopodobniej służyć namacalnemu ukazaniu, że Somalia jest na dobrej drodze i wraca do normalności. A przy tym stanowić także wygodne narzędzie dyplomatycznej retoryki skierowanej do międzynarodowych partnerów (czytaj: sponsorów) oraz wewnętrznych rywali. Nawet jeśli chodzi tylko o dwa samoloty, których znaczenie propagandowo-medialne jest daleko większe niż to praktyczne.