Jak wiadomo – choćby z wylewającej się z licznych mediów entuzjastycznej klaki – Wielka Brytania przekroczyła kolejny rubikon na drodze do pełnego cyfrowego totalitaryzmu. Rząd ogłosił bowiem zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16 roku życia. Niestety, nie chodzi tutaj wcale o dzieci, które są raptem pretekstem dla państwa do wprowadzenia powszechnej inwigilacji każdego internauty i zniesienia resztek anonimowości, en masse zapewniającej margines swobody do krytyki władz czy kolportowania wiadomości, których rozpowszechnianie te usiłują zablokować.
Ogłoszone przepisy mają wejść w życie na wiosnę 2027 roku. Zakaz ma objąć TikToka, Instagrama, YouTube’a, Snapchata, Facebooka, X, Reddita, Kicka, Twitcha oraz Threads. Realizacja tego zakazu wymusza na wszystkich System, wzorowany na dystopijnym modelu australijskim, zakłada inwazyjną inwigilację biometryczną i/lub przymus legitymowania się dokumentami tożsamości – rzekomo niezbędną, aby zweryfikować wiek użytkownika. Oczywiście nietrudno dojść do wniosku, że dzieci są wyłącznie przedmiotowym pretekstem, cynicznie wykorzystanym przez brytyjski gabinet.
Pomijając bowiem konstatację, że dzieci też są ludźmi, nie własnością państwa, zaś ich wychowanie należy do rodziców, nie aroganckiej machiny biurokratycznej – realizacja przymusu weryfikacyjnego będzie wymuszać ów inwigilacyjny obowiązek na wszystkich internautach, bez wyjątku. Nie tylko na dzieciach. Oczywiście podobny system, jak dowiodły doświadczenia w licznych krajach, nie jest trudno oszukać – czy też w ogóle obejść – nie to jest jednak przecież jego faktycznym celem, lecz masowe, w skali dziesiątek milionów internautów, podcięcie ich prywatności i anonimowości.
Wielka Brytania Airstrip One
Sam zakaz jest bowiem bezsensowny – chyba że uniemożliwi się także jakąkolwiek anonimową aktywność w Internecie, aby uniemożliwić obchodzenie blokad. Już po wprowadzeniu pierwszych restrykcji Wielka Brytania odnotowano zresztą wzrost wykorzystania VPN-ów rzędu 1800%. Brytyjski rząd nie ukrywa zresztą specjalnie, że właśnie o to mu chodzi – otwarcie mówiąc o „logicznym kolejnym kroku”, jakim miałby być zakaz korzystania z sieci VPN czy Tor (tj. anonimowego korzystania – co na jedno wychodzi), lub też wmontowane w telefony i urządzenia wymagające weryfikacji jeszcze przed skorzystaniem z nich.
Trudno przy tym traktować poważnie nagły zapał gabinetu Partii Pracy do ochrony dzieci, skoro ten sam premier Keir Starmer – były prokurator i prawnik-aktywista, który jako „obrońca praw człowieka” zasłynął złośliwym, masowym pozywaniem brytyjskich żołnierzy oraz zapiekłym blokowaniem deportacji nielegalnych imigrantów-przestępców – jest tym samym premierem, który nie tylko bagatelizował sprawę wieloletniej działalności muzułmańskich gangów masowo gwałcących nieletnie brytyjskie dziewczynki, ale jest też szeroko oskarżany o tuszowanie i aktywne dbanie o bezkarność sprawców.
By przypomnieć – w latach 2008-2013 Starmer kierował Crown Prosecution Service, czyli brytyjską prokuraturą. Na tym stanowisku doprowadził do seryjnego wypuszczania sprawców tysięcy gwałtów na wolność, wydając im „ostrzeżenia” zamiast stawiania zarzutów, i kierując się przy tym jednoznacznie rasistowskimi przesłankami (gwałcicieli traktowano ulgowo, jeśli byli muzułmanami i imigrantami; tych białych, znacznie mniej licznych, normalnie ścigano) – grożąc za to postępowaniami rodzinom ofiar, które usiłowały sprawę nagłośnić.
Inwigilacja, prawdziwa pandemia epoki
Co być może najbardziej deprymujące – próby realizacji mokrego snu wielu rządów, jakim jest de-anonimizacja Internetu, układają się niestety w obraz szerszego trendu, i Wielka Brytania bynajmniej nie jest odosobniona. I nie chodzi tu o kraje w stylu Chin, Rosji, Indii, Białorusi czy Iranu, ale o państwa członkowskie Unii Europejskiej, oficjalnie tak wyczulonej na zasady demokratyczne. Cały szereg tych państw, właśnie pod hasłem rzekomej ochrony dzieci, forsuje lub już wprowadziło podobny przymus legitymowania się w Sieci, najczęściej właśnie pod tym pretekstem, aby egzekwować zakaz dla nieletnich.
Przykładowo, po drugiej stronie Kanału La Manche, we Francji, już od ponad roku obowiązują przepisy, które narzucają przymus potwierdzenia tożsamości przed skorzystaniem z internetowych treści dla dorosłych. Podobnie jest w Niemczech czy Belgii, a podobne zmiany szykują także Dania, Włochy czy Hiszpania. Szczególnie ponurą rolę odgrywa tutaj Europejski Portfel Tożsamości Cyfrowej, zachwalany zrazu jako narzędzie wyłącznie dobrowolne i chroniące prywatność – ma on być bowiem wykorzystywany w roli odpowiednika cyfrowego dokumentu tożsamości w celach identyfikacji i śledzenia internautów.
Niestety, trend ten doszedł również do Polski. Na początku czerwca Ministerstwo Edukacji Narodowej uraczyło nasz kraj projektem podobnego zakazu – z całym dobrodziejstwem inwentarza, w tym i powszechnym przymusem legitymowania się, biometrycznie lub dokumentem, przed skorzystaniem z platform umożliwiających kontakt z innymi internautami. Kosmetyczną różnicą w stosunku do wersji, którą wprowadza Wielka Brytania, jest granica wieku – w myśl projektu MEN byłoby to 15 lat, nie 16. Ale zarówno słabości systemu, jak i jego finalny cel, pozostawałby dokładnie ten sam.
Rząd chce naszego dobra, prawda?
Projekt przewiduje kary dla platform sięgające 6% ich globalnego obrotu w przypadku niedopełnienia obowiązku weryfikacji wieku użytkowników (przydałoby się zapytać pani minister Nowackiej, „ale wsparcie to jakieś masz…?”). Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych już zgłosił zastrzeżenia do projektu, zwracając uwagę na brak określenia metod weryfikacji wieku w samej ustawie oraz delegowanie tych kwestii do rozporządzeń. W ustawie zapisano jedynie, że metody weryfikacji miałyby zarazem być efektywne oraz szanować prawo do prywatności.
Co z kolei naturalnie stanowi sprzeczność i każe zadać pytanie, czy nikt u pani minister nie orientuje się, jak faktycznie takie mechanizmy funkcjonowałyby w praktyce, czy też jest to ze strony resortu świadomy cynizm i szyderstwo z tracących swój margines prywatności Internautów. To zresztą niejedyna ustawa, którą rząd chce uszczęśliwić kraj, a która „regulowałaby” Internet i internautów. Inny wesoły projekt to ustawa o zakazie patostreamingu – ponieważ nic tak nie buduje wolności w Sieci jak sytuacja, w której państwo określa, jakie treści mu się nie podoba, a następnie przerzuca przymus cenzury na dostawców usług sieciowych i platformy.
Jeśli prezydent podpisałby ustawę proponowaną przez MEN – co nie jest przesądzone, biorąc pod uwagę, że Karol Nawrocki zawetował rządowy projekt implementacji unijnej legislacji Digital Services Act, argumentując, że proponowane rozwiązania w praktyce podporządkowują wolność słowa i ekspresji urzędniczym decyzjom – to miałaby ona wejść w życie na wiosnę 2027 roku. Nawet data byłaby podobna do tej, którą wyznaczyła sobie Wielka Brytania, przodująca w wyścigu do praktycznej realizacji mrocznej wizji George’a Orwella.
Którą niestety tamtejszy establishment (i nie tylko tamtejszy) najwyraźniej potraktował nie jako ostrzeżenie – a instrukcję obsługi.