Akurat w chwili zamieszek: mechanizm zaostrzenia cenzury Internetu w UK ujawniony

Trzeba naprawdę przypadku (tia…), a przy tym niemało talentu, taktu i zręczności, by sprawić społeczeństwu taki „prezent” akurat w tej chwili. Oto akurat gdy ulice Belfastu płoną w ogniu zamieszek sprowokowanych przez kolejną zbrodnię popełnioną przez imigranta z Trzeciego Świata – główny brytyjski urząd cenzorski z quasi-teatralną precyzją czasową ujawnił nowy mechanizm radykalnego zaostrzenia cenzury Internetu. Urząd nie kryje przy tym, że głównym problemem, przed którym stoi Wielka Brytania, nie jest powstrzymanie fali zbrodni, lecz dostępu do „nielegalnych” informacji ich dotyczących.

Tła tych wydarzeń najpewniej nie trzeba przedstawiać: był nim podwójny zbrodniczy dramat. Najpierw śmierć Henry’ego Nowaka, zamordowanego przez Hindusa przy pogardliwej bierności brytyjskiej policji (i podejmowanych przez nią próbach wrobienia samego Nowaka w winę) – następnie zaś, zaledwie kilka dni później, atak w Belfaście, gdzie imigrant z Sudanu usiłował odrąbać głowę białemu mieszkańcowi, Stephenowi Ogilvie. Efekt: 62 wezwania straży pożarnej w przeciągu tylko jednego wieczora, płonące domy, autobusy i samochody, oraz fala protestów antyimigracyjnych rozlewająca się poza granice miasta.

Wszystko to nieomal przypominało przepełnione dymem i gazem łzawiącym sceny, jakie stolica Irlandii Północnej vel Ulsteru przeżywała w latach ’70, okresie „The Troubles” i apogeum potęgi IRA. Chociaż – gwoli uczciwości – nawet wtedy Belfast nie przeżywał takiej fali masowej przestępczości co teraz.

Ale po co o tym mówić

Statystyki kryminalne, które Wielka Brytania z coraz większą niechęcią publikuje, systematycznie wykazują rażącą reprezentację czarnych i brązowych imigrantów w kategoriach przestępstw z użyciem przemocy, w tym przestępstw na tle seksualnym, przy jednoczesnym zapewnianiu im przez państwo i policję skandalicznej bezkarności. Wymiar sprawiedliwości konsekwentnie stosuje podwójne standardy: biali „sprawcy” otrzymują wyroki więzienia za publikowanie memów, podczas gdy imigranccy gwałciciele, bandyci, a czasem i zabójcy otrzymują wyroki w zawieszeniu lub wychodzą po kilku miesiącach.

Do tego – jak w przypadku niektórych głośnych zabójstw – brytyjskie władze z zapałem godnym lepszej sprawy walczy z publikowaniem danych personalnych i zdjęć. Oczywiście w imię „ochrony mniejszości”. Dla odmiany, gdy raz na jakiś czas okaże się, że sprawcą jest etniczny Anglik, albo choćby dowolny Europejczyk, władze nie tylko nie mają problemu z publikacją jego wizerunku, ale nawet starają się ten fakt kolportować. Co oczywiste, instytucjonalny brytyjskiego państwa wymierzony w jego rodzimych mieszkańców budzi równie wielką furię co sama, masowa przestępczość czy wydatki na imigrantów.

Reakcja rządu Keira Starmera osiąga przy tym poziomy godne osobnej analizy socjologicznej. Choć premier wyraził niedbałe wyrazy żalu z powodu ataku, podobnie jak wcześniej z powodu morderstwa, to jego zdaniem faktycznym skandalem jest fakt, żę informacje dotyczące tych wydarzeń, podobnie jak i tysięcy innych, krążą i są dostępne w Internecie. Zaś winy za wybuch nie ponoszą ani imigranccy sprawcy, ani kolejne brytyjskie rządy, które masowo sprowadzają ich do Wielkie Brytanii, lecz Elon Musk. Bo nie blokuje na X/Twitterze informacji niewygodnych dla władz tak, jak te sobie tego życzą, by blokował.

Czym w ogóle są „nielegalne” informacje (?!?)

W takiej oto sytuacji, gdy brytyjskie miasta całkiem dosłownie płoną, biurokraci tamtejszego Ofcomu zaprezentował światu swój nowy „protokół kryzysowy”. Mechanizm ten ma umożliwić urzędnikom na decydowanie w czasie rzeczywistym o tym, jakie treści obywatele mają prawo oglądać – szczególnie w czasie przypadków kryzysowych, zamieszek, ataków terrorystycznych czy innych incydentów. Social media, platformy internetowe, fora czy w istocie dowolne strony w Sieci byłyby zmuszane do natychmiastowego dławienia „skoków” zainteresowania określonymi treściami. Tymi „nielegalnymi”.

Naturalnie, treści „nielegalne” – czyli te, które zdaniem urzędników naruszają „bezpieczeństwo” – w praktyce zależą od niczym nieskrępowanego kaprysu urzędników lub polityków, i realnie okazują się tymi, które nie powielają narracji medialnej władz. Z kolei „bezpieczeństwo” rozumiane jest przez te ostatnie w ten sposób, że obejmuje np. bezpieczeństwo „emocjonalne” pojedynczej osoby (naturalnie gdy należy ona do faworyzowanej mniejszości lub grupy) – czyiś emocjonalny dyskomfort wystarczy dziś, by Wielka Brytania oficjalnie zablokowała daną informację.

Ofcom, czy też Office of Communications, to oficjalnie „regulator” internetowy – w praktyce znacząco bliżej mu do PRL-owskiego Radiokomitetu – już dziś dysponuje rozbuchaną uznaniowością w zakresie cenzury – i możliwością nakładania na firmy technologiczne kar sięgających 10% ich globalnych przychodów (globalnych – Ofcom uważa, że jego władza nie ogranicza się do granic brytyjskich i obejmuje cały glob). Do tego dochodzi możliwość sądowego blokowania całych firm, adresów i usług (dokładnie tak samo, jak kremlowski Roskomnadzor).

Wielka Brytania jaką Orwell przewidział?

Nowy protokół stanowi jeszcze dalszą eskalację tego modelu: standardową praktyką ma się stać cenzura prewencyjna, działająca poza jakąkolwiek sądową weryfikacją – tylko na podstawie widzimisię biurokraty z Ofcomu lub polecenia od polityka. A żeby przypadkiem Brytyjczykom nie przychodziło do głowy unikać tego cenzorskiego koszmaru w sowieckim stylu, Wielka Brytania usiłuje także uniemożliwić swym obywatelom dostęp do usług VPN oraz pokrewnych (jak np. sieć Tor) – dążąc do narzucenia obowiązku legitymowania się przed skorzystaniem z nich, co oczywiście pozbawia te usługi jakiegokolwiek sensu.

Mechanizm ten ma obowiązywać w formule pseudo-dobrowolnej, opierając się na „nieprzymusowym” podporządkowaniu się poleceniom cenzorskim urzędników – choć w praktyce nie sposób tu mówić o jakiejkolwiek dobrowolności, jeśli za brak „dobrowolnej” cenzury Ofcom może z dowolnego powodu nałożyć rujnujące grzywny. Oczywiście kwestią nietrywialną pozostaje tutaj możliwość wyegzekwowania tych kar – gdyż niektóre podmioty, zwłaszcza te z USA, ani myślą podporządkowywać się nakazom i karom Ofcomu, i wręcz demonstracyjnie kpią z brytyjskiej cenzury, a także samego Ofcomu.

Tym niemniej dla większości firm, tych poważnych, problem też jest poważny – zwłaszcza, że Wielka Brytania swój cenzorski dżihad prowadzi na wielu frontach. Zaledwie kila dni wcześniej brytyjski rząd ogłosił nowy kierunek totalitarnej transformacji kraju: projekt przymusowej instalacji rządowego spyware’u na każdym urządzeniu elektronicznym, uzależniający działanie telefonów od wylegitymowania się. Prezesom firm IT grozić zaś mają wyroki do pięciu lat więzienia w przypadku odmowy współpracy w inwigilacji Brytyjczyków. Mimo to, Signal i WhatsApp już odmówiły podporządkowania się.