Donald Trump opowiada o amerykańskiej gospodarce tak, jakby siedział nie w Białym Domu, tylko przy stole negocjacyjnym w prywatnym holdingu. Szybki telefon, konkretna propozycja, presja, wynik. Najlepiej taki, który można potem pokazać na wykresie albo w komunikacie dla rynku.
Trump chce budować „America Inc.”
W rozmowie z „Fortune” prezydent USA tłumaczy swój nowy model gospodarczy: państwo ma nie tylko regulować biznes i rozdawać dotacje, ale też robić deale. Brać udziały, wymuszać inwestycje, sprzedawać amerykańskie produkty za granicą i próbować wyciągać pieniądze z globalnego handlu. W tle jest gigantyczny dług publiczny USA, który Trump określa na 38 bilionów dolarów.
Najlepiej widać to na przykładzie Intela. Firma była w trudnej sytuacji, a jednocześnie miała otrzymać potężne federalne wsparcie na rozwój produkcji chipów. Trump postanowił zmienić klasyczną logikę pomocy publicznej.
„Powiedziałem: dajcie krajowi 10 proc. udziałów w Intelu za darmo” – relacjonował. Według jego wersji szef Intela Lip-Bu Tan odpowiedział: „mamy umowę”. Trump dodał po swojemu: „Cholera, powinienem był poprosić o więcej”.
USA jako inwestor, nie tylko regulator
To jest sedno tej strategii. Trump nie chce, żeby państwo jedynie dopłacało firmom, ratowało je w kryzysie albo rozdawało granty. Chce, by w zamian za wsparcie Amerykanie dostawali kawałek biznesu.
Dla jego zwolenników to zdrowy rozsądek: skoro podatnicy pomagają firmie, powinni też mieć udział w potencjalnym zysku. Dla krytyków, bardzo niebezpieczny skręt w stronę politycznego kapitalizmu, w którym rząd zaczyna mieszać się w strukturę własności prywatnych spółek.
Sam Trump przyznaje, że część ludzi uważa jego podejście za „nieamerykańskie”, bo wygląda jak przejmowanie kawałka firm przez państwo. On odpowiada prosto: skoro USA mają 38 bilionów dolarów długu, trzeba szukać nowych źródeł pieniędzy.
Problem? Ten model ma jednego głównego bohatera
Cała ta strategia ma jednak słaby punkt. Jest skrajnie osobista. Opiera się na telefonach, relacjach, presji i politycznej sile jednego człowieka. Sam Trump przyznaje, że takich dealów „nie robi normalny człowiek”. A zapytany, kto może kontynuować jego styl po zakończeniu kadencji, odpowiada wprost: „Nie wiem. To się nie powtórzy”.
I właśnie tu zaczyna się najważniejsze pytanie. Jeśli państwo ma działać jak firma, to musi mieć plan sukcesji. W biznesie model oparty wyłącznie na jednym liderze jest ryzykowny. W gospodarce największego państwa świata jeszcze bardziej.
Trump chce budować „America Inc.”. Agresywną, transakcyjną i gotową brać udziały tam, gdzie wcześniej rozdawała dotacje. Tylko że nawet najlepszy dealmaker kiedyś wychodzi z gabinetu. A wtedy zostaje pytanie, czy to był nowy model amerykańskiej gospodarki, czy tylko polityczny show jednego człowieka.
Czytaj więcej w dziale gospodarka na Bithub:
Samsung ma godziny, by uniknąć katastrofy. 45 tys. pracowników może uderzyć w serce rynku chipów
Armatorzy zawieszają transport ładunków do całego kraju. Władze tego ostatniego się zbroją
Mundial miał być żyłą złota. Hotelarze patrzą w rezerwacje i łapią się za głowę