Trump: w niedzielę podpisanie porozumienia z Iranem, ropa najtańsza od marca

Prezydent USA, Donald Trump, ogłosił w swoim wpisie, że szkic porozumienia pokojowego (memorandum of understanding), kończącego wciąż trwający, choć na razie oficjalnie zawieszony konflikt zbrojny na linii USA/Izrael-Iran, zostanie podpisane w najbliższą niedzielę. Rynki zareagowały entuzjastycznie. Nie sposób jednak nie zapytać – któryż to już raz…?

Deklaracja pojawiła się krótko po tym, jak premier Pakistanu Shehbaz Sharif ogłosił, że podpisanie nastąpi „w ciągu najbliższych 24 godzin”, po których mają nastąpić „negocjacje techniczne”, czymkolwiek te miałyby się w praktyce okazać. Samo podpisanie miałoby przy tym mieć charakter zdalny – strony najwyraźniej nie ufają sobie na tyle, aby ich przedstawiciele (ci na tyle ważni, by podpisać porozumienie) pojawili się w jednym pomieszczeniu. Byłby to zatem pierwszy w dziejach ludzkości układ pokojowy podpisany elektronicznie.

Iran twierdzi, że wygrał

Z drugiej strony, rzecznik irańskiego MSZ, Esmaeil Baghaei, już zdążył zaprzeczyć doniesieniom o gotowym porozumieniu. Twierdzi on, że porozumienie mogłoby zostać podpisane „w ciągu najbliższych kilku dni”, ale to rzekomo strona amerykańska wzdraga się przed jego podpisaniem. A wzdraga się, ponieważ – zdaniem irańskich mediów państwowych – to Iran jest zwycięzcą wojny, i to dla niego warunki porozumienia są korzystne. W myśl irańskiej narracji propagandowej, Iran nie uczyni żadnych ustępstw w kwestii nuklearnej i rozciągnie swą kontrolę nad Cieśniną Ormuz.

To z kolei miałoby się wiązać z nałożeniem opłat za przepłynięcie przez ten akwen – czego Iran próbuje już od dwóch miesięcy, ale bezskutecznie. Na dodatek do tego wszystkiego, obecnie zamrożone środki irańskie miałyby zostać odmrożone i przekazane temu państwu, zaś amerykańska flota miałaby znieść blokadę irańskich portów. Taka lista warunków brzmi jak ni mniej, ni więcej, tylko całkowita kapitulacja Waszyngtonu względem Teheranu, i tak to przedstawia irański aparat propagandowy. Problem w tym, że wersja ta nie ma potwierdzenia ze strony USA – a przeciwnie, jest ona wprost dementowana.

Stany Zjednoczone – że to jednak one

Jak twierdzą bowiem Amerykanie, to ich żądania, nie irańskie, realizuje uzgodniona wersja porozumienia. W myśl tego, co osobiście ogłosił Trump, układ miałby być „murem odgradzającym Iran od broni nuklearnej”, uwzględniający zakaz jakichkolwiek prac, kupna czy utrzymywania zdolności, a także mechanizm inspekcyjny. Co więcej, Iran miałby zobowiązać się do nie niepokojenia żeglugi w Cieśninie Ormuz. A nadto, nie otrzymałby też od USA żadnych środków – Stany Zjednoczone sygnalizowały, że zamrożone irańskie aktywa miałyby trafić do krajów Zatoki Perskiej jako odszkodowania.

W tym kontekście w praktyce nie sposób dociec do tego, co faktycznie jest w tym wszystkim prawdą – bo z całą pewnością nie wszystko (jeśli w ogóle cokolwiek). Cała ta teatralna narracja o pokojowym przełomie wyłania się zaś z dymu morskich starć i wzajemnych bombardowań oraz ataków rakietowych, które w ubiegłych tygodniach, mimo formalnie obowiązującego rozejmu, miały miejsce z coraz większą intensywnością. Nic też nie wiadomo o roli Izraela – a jak wiadomo, kraj ten jest zapiekle przeciwny porozumieniu w formie choćby zbliżonej do sygnalizowanego – i jego działaniach wobec Hezbollahu.

A faktycznie wygrywają… niedźwiedzie?

Publicznie deklarowane cele obu stron pozostają w fundamentalnej sprzeczności: USA domagają się denuklearzacji Iranu i otwarcia Ormuzu, podczas gdy Iran traktuje konflikt jako okazję do wywierania presji ekonomicznej na światową gospodarkę i wymuszenia maksymalnych koncesji na swoją korzyść. Tymczasem faktycznie sprawujący władzę w Teheranie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (Sepah-e Pasdaran) publicznie wyklucza jakiekolwiek porozumienie, co czyni zapowiadane w niedzielę podpisanie dokumentu albo aktem propagandy, albo kolejnym epizodem w serialu geopolitycznych fikcji.

Rynki zareagowały na te doniesienia z optymizmem. W piątek, 12 czerwca, ceny ropy Brent spadły o 2%, do 88,55 dolara za baryłkę, zaś WTI – do 86,11 dolara. Są to najniższe poziomy od początku marca. Spadek ten jest kontynuacją trendu rozpoczętego, gdy Donald Trump odwołał zaplanowane uderzenia na Iran, łagodząc obawy przed eskalacją konfliktu. OPEC obniżył tymczasem prognozę wzrostu globalnego popytu na ropę w 2026 roku do 970 tys. baryłek dziennie, z wcześniejszych 1,17 mln. To już druga z rzędu rewizja w dół, co dodatkowo osłabiło ceny surowca.

Warto jednak zauważyć, że rynki reagowały podobnym spadkiem cen ropy przy każdej z poprzednich zapowiedzi bliskiego porozumienia. Tymczasem te za każdym razem okazywały się przedwczesne, zaś entuzjazm – nieuzasadniony. Ale może tym razem się uda, chciałoby się w ich imieniu dopowiedzieć.