Australia: karny podatek – by wymusić lukratywne umowy dla „preferowanych” przez władze mediów

Australia znów na wojennej ścieżce z platformami internetowymi. Rząd tego kraju podnosi stawkę karnego podatku od dużych portali, które odmawiają „dobrowolnego” płacenia tamtejszym mediom za treści newsowe – z 2,25 do 2,5 procent przychodów z reklam cyfrowych, które platformy te osiągną na rynku australijskim. Jednocześnie rozszerzony zostanie krąg podmiotów ugodzonych tym podatkiem: w wyniku redefinicji kryteriów, prócz Alphabetu (Google), Mety (Facebook) oraz ByteDance’a (TikTok) ma trafić do niego także Microsoft (LinkedIn).

Niemal na wstępie rzuca się w oczy brak w tym gronie innego znanego giganta, portalu X vel Twitter. Jest to o tyle ciekawe, że portal ten (oraz osobiście Elon Musk) mają długą historię sporów i odmowy podporządkowania się żądaniom australijskich władz – a zwłaszcza tamtejszego Komisarza ds. eBezpieczeństwa, czyli organu odpowiedzialnego za cenzurę Internetu – dotyczących arbitralnego usuwania treści. Pomimo tego, co charakterystyczne, X nadal działa na tamtejszym rynku bez większych konsekwencji. Nasuwa się pytanie, czy rząd w Canberrze zawczasu spodziewa się ze strony X oporu?

Sam mechanizm, formalnie określany w Australii jako „News Media Bargaining Incentive”, stanowi narzędzie „zachęty” (czytaj: szantażu). Przyjęto go bowiem z jednoznacznym zamysłem zmuszenia dotkniętych nim podmiotów do jego unikania. A te mogą to uczynić w jeden sposób – poprzez zawieranie pseudo-dobrowolnych umów komercyjnych z tradycyjnymi wydawcami medialnymi (no, jest też drugi sposób, ale ten oznacza formalne wycofanie się z Australii – a w każdym razie przynajmniej formalne pozbycie się tamtejszych aktywów i oficjalnej rejestracji w tym kraju).

Płaćcie naszym

W praktyce oznacza to, że rząd w Canberrze – z czym zresztą ten się nie kryje – chce przymusowo skierować dotacje dla preferowanych przez siebie mediów tradycyjnych, które tracą udziały w rynku oraz swą pozycję „gatekeepera” informacji, pieniądze na ich sfinansowanie wyjmując z kieszeni tych podmiotów, które monopol tradycyjnych mediów podważają. Jeśli portale „dobrowolne” zapłacą swym konkurentom, otrzymują ulgę (bynajmniej nie zupełne zwolnienie) w odniesieniu do podatku, w zależności od ustalonej kontraktem umowy oraz beneficjenta tej ostatniej (premiowane są media lokalne).

A jeśli takiej umowy nie zawrą? Wówczas… także zmuszone są do zasiedziałych konglomeratów medialnych, Przychody z podatku nie trafiają bowiem do kasy państwa, lecz rozdzielane są pomiędzy wydawców medialnych, w zależności od liczby dziennikarzy. Oczywiście – tylko pomiędzy tych „uznanych” wydawców (chodzi głównie o News Corp, Nine Entertainment oraz Seven West Media). Indywidualni, społeczni dziennikarze, cyfrowe tytuły oraz niezależne projekty medialne są tu naturalnie bez szans. Co gorsza, władze arbitralnie decydują, które redakcje „zasługują” na dofinansowanie.

Australia w krainie deszczowców

To kolejny krok, który Australia wykonuje na drodze do zacieśniania duszącej kontroli nad Internetem. Wcześniejsze posunięcia – jak przymus legitymowania użytkowników przed korzystaniem z mediów społecznościowych (wprowadzony pod pretekstem zakazu korzystania z tych mediów przez dzieci, rzekomo w celu ich ochrony) czy narzucanie platformom obowiązku usuwania treści, nawet tych opublikowanych poza Australią, które władze uznają za informacje szkodliwe, lub też promowania widoczności kont faworyzowanych przez urzędników – okazały się tyleż kontrowersyjne, co nieskuteczne.

I choć dzieci w Australii masowo ignorują zakaz, zaś próby cenzurowania treści poza granicami kraju poważyły nawet same australijskie sądy, to tamtejszy rząd nadal próbuje. Tym razem – próbując przymusić Big Tech do finansowania medialnych pupilków władzy, przy okazji tworząc system, w którym obieg informacji coraz bardziej zależy od państwowej uznaniowości.