Pierwszy na świecie zakaz mediów społecznościowych dla dzieci, wprowadzony w Australii pod koniec ub.r., okazał się widowiskową klapą. Co było do przewidzenia – zakazu tego, odkładając na bok jego głupotę, po prostu nie da się wyegzekwować bez inwigilacji w czasie rzeczywistym i w stylu orwellowskim. Dokładnie ta ostatnia zresztą, a nie dzieci, są – wskazują liczni krytycy – faktycznym celem tych zmian. Jakkolwiek by o tym nie sądzić, wprowadzony zakaz nie działa. Jak, można zapytać, zareagował na to australijski rząd, który go forsował?
Jak wiadomo, jedną z bardziej popularnych złotych myśli w obiegu jest maksyma przypisywana Albertowi Einsteinowi, że definicją szaleństwa jest robienie wciąż i wciąż tego samego – i oczekiwanie nowych rezultatów. I choć istnieją pewne kontrowersje dot. tego, czy to faktycznie Einstein ukuł te słowa, czy ktoś inny, same clou jest trudne do podważenia.
Tym bardziej warto zwrócić uwagę, gdy w roli owego szaleńca ustawia się – znów – rząd i państwo. Które to wolą wciąż i wciąż popełniać, wedle powyższej definicji, akty szaleństwa niż przyznać przed sobą (o opinii publicznej nie wspominając), że państwo może się mylić, zaś jego praktyczna władza (wbrew temu, co chcieliby myśleć jego przedstawiciele) ma swoje wyraźne praktyczne ograniczenia. Najnowszy przypadek studyjny, australijski zakaz social mediów dla dzieci, dostarcza tu ciekawych, choć niekoniecznie optymistycznych obserwacji.
Zakaz nie działa, wprowadźmy go jeszcze mocniej
Oto bowiem tamtejszy rząd zapowiedział zaostrzenie przepisów dotyczących zakazu korzystania z social mediów przez osoby poniżej 16. roku życia. Premier Anthony Albanese ogłosił, że maksymalna kara dla platform, które nie wyegzekwują zakazu, zostanie podwojona – z 49,5 mln do 99 mln dolarów australijskich (ok. 280 mln złotych). A wiele platform tego nie czyni – z tego prostego względu, że po prostu nie jest w stanie. Australijskie dzieci ani myślą podporządkowywać się bowiem zakazowi władz i en masse, z powodzeniem korzystają bowiem z narzędzi do geograficznej anonimizacji.
Rząd planuje również, cóż za przypadek, znacząco rozszerzyć swoje własne uprawnienia, delegowane do urzędu Komisarza ds. eBezpieczeństwa (eSafety Commissioner – jest to główna instytucja zajmująca się w Australii cenzurą Internetu, oczywiście pod pretekstem „bezpieczeństwa”) – w tym możliwość żądania od firm dowodów na podjęte działania mające na celu zapobieganie korzystaniu z platform przez nieletnich, tym samym narzucając im przymus udowadniania swojej niewinności. Albanese twierdzi jednak w zaparte, że „big tech robi zbyt mało, by przestrzegać prawa”, i „wciąż zbyt wielu dzieci korzysta z social mediów”
Niesławny zakaz, o którym mowa, obowiązuje od 10 grudnia 2025 roku, i dotyczy arbitralnie wybranych, 10 głównych platform: Instagram, TikTok, Snapchat, YouTube, Facebook, Twitch, Reddit, X, Threads i Kick. Ciekawe zarazem, że niektórych innych mediów społecznościowych – tak jak znanej z wyraźnego, lewicującego profilu politycznego platformy BlueSky – na liście nie uwzględniono. Od wprowadzenia zakazu platformy usunęły lub zablokowały ponad 5 milionów kont osób poniżej 16. roku życia, z czego na samym Facebooku i Instagramie w pierwszych dniach pod moderatorski nóż poszło ich 550 tys.
Cenzura i inwigilacja – „przypadkowy” skutek uboczny
Mimo to, ku niczyjemu zdziwieniu, 78–85% dzieci poniżej 16. roku życia wciąż korzysta z zakazanych platform. Omijają oni zakaz poprzez podawanie fałszywych dat urodzenia, używanie prywatnych przeglądarek, kont rodziców lub starszego rodzeństwa, a także weryfikację wiekową za pomocą selfie, które systemy akceptują jako „dowód” pełnoletności. Pojawiające się badania wykazały, że ok. 2/3 użytkowników zachowała dostęp do swoich kont, a spadek aktywności na nich jest „marginalny”. Z frustracją przyznała to też Komisarz ds. eBezpieczeństwa, wskazując, że ok 70% nieletnich zachowało „jakiś dostęp” do swoich kont.
Warto zarazem pamiętać, że zakaz w istocie nie jest wycelowany w dzieci, a we wszystkich użytkowników. Rząd, pod pretekstem ochrony młodzieży, wprowadza powszechny przymus weryfikacji wieku, który de facto oznacza zbieranie i przetwarzanie danych biometrycznych (twarz, dowody tożsamości) od każdego obywatela. Krytycy wskazują, że to narzędzie do totalnej inwigilacji: pod pozorem troski o dzieci budowany jest system, który wymaga legitymowania się przed skorzystaniem z Internetu, pozwala śledzić każdy krok w sieci, niszcząc prywatność i anonimowość.
Weryfikacja wieku, choć teoretycznie „dobrowolna”, staje się warunkiem dostępu do podstawowych usług cyfrowych. Innymi słowy, jest faktycznie przymusowa. Dane – jak przyznają sami regulatorzy – mogą być „przetwarzane i przechowywane” przez platformy, co niemal gwarantuje ich spieniężenie i komercyjne nadużycia. Dzieci zaś i tak sobie radzą. I będą sobie radzić, tak długo, jak długo każdy krok w sieci nie będzie przedmiotem ręcznego nadzoru i cenzury. Czyżby właśnie za czymś takim tęsknił rząd Australii?