Flagowy indeks giełdowy amerykańskich spółek S&P 500 rośnie ósmy tydzień z rzędu, a Nasdaq znów flirtuje z rekordami. Inwestorzy wracają do ryzyka mimo wojny na Bliskim Wschodzie, a rynek po raz kolejny ignoruje katastroficzne scenariusze. Ale powoli widać coś dość niepokojącego: amerykańska hossa staje się coraz mniej „rynkiem”, a coraz bardziej zakładem na AI i garstkę gigantów technologicznych.
Czy obecna euforia nie zaszła już za daleko? Mamy klasyczny przykład, w którym być może zbyt wiele kapitału ląduje w zbyt wąskiej grupie firm… Prowadząc do spekulacyjnego rozgrzania i przewartościowania. Inne spółki zdają się wręcz nie istnieć w oczach rynku. Liczy się tylko to, jak wiele spółka może zarobić na trendzie infrastrukturalnej AI.
Taki scenariusz potwierdził także BlackRock. Opisaliśmy to w artykule BlackRock prognozuje sytuację na giełdzie. Ogromny trend wynagrodzi wszystko?
S&P 500 rośnie, ale większość rynku stoi w miejscu
Od momentu wybuchu wojny USA-Iran amerykański indeks S&P 500 wzrósł o ponad 8%. Brzmi jak klasyczny risk-on. Ale jest pewien haczyk. Wersja indeksu ważona po równo tzw. equal-weighted S&P 500 praktycznie nie zmieniła się w tym samym czasie. Tak oto za niemal cały (absolutnie rekordowy) wzrost odpowiada bardzo wąska grupa największych spółek technologicznych.
Tylko 10 firm odpowiada za całość wzrostu indeksu od końca lutego. Na czele oczywiście Nvidia, Amazon, Apple, Alphabet czy Broadcom. Technologia urosła w tym czasie o 24,5%. Dla porównania sektor zdrowotny spadł o 7,5%, materiały o 6,9%, firmy użytecznosci publicznej o 5,6%, a rynek podstawowych dóbr konsumpcyjnych o niemal 5%. Kapitał nie płynie wszędzie.
AI stało się nowym „safe haven” rynku
Paradoks obecnego rynku polega na tym, że inwestorzy zaczęli traktować AI niemal jak defensywną historię wzrostową. Jeszcze kilka lat temu wojna na Bliskim Wschodzie, skok cen ropy i ryzyko nowej fali inflacji prawdopodobnie wywołałyby znacznie większą przecenę technologii. Tymczasem dziś dzieje się coś odwrotnego. Kapitał praktycznie ignoruje geopolitykę, jeśli tylko firmy związane z AI dalej zwiększają capex i pokazują wzrost przychodów.
Rynek kupuje jedną historię: sztuczna inteligencja zmieni gospodarkę, więc obecne wyceny i tak okażą się za niskie. To zresztą doskonale widać po reakcjach na wyniki spółek. Workday rośnie po lepszych danych mimo wcześniejszych obaw, że AI zniszczy jego model biznesowy. Zoom odbija po mocniejszych prognozach. IBM i GlobalFoundries dalej korzystają z szaleństwa wokół quantum computingu po amerykańskim programie wartym 2 mld dolarów. Tak oto narracja jest dziś silniejsza niż makro.
Problem? Inflacja wraca tylnymi drzwiami
I właśnie tutaj pojawia się największe napięcie obecnego rynku. Bo jednocześnie świat zaczyna coraz mocniej odczuwać skutki nowego szoku podażowego po konflikcie z Iranem. Ropa Brent wróciła powyżej 105 dolarów za baryłkę, a rentowności długoterminowych obligacji państw G7 osiągnęły najwyższe poziomy od dwóch dekad.
Rynek obligacji zaczyna wyceniać coś, czego inwestorzy akcyjni nadal nie chcą do końca zaakceptować: być może era taniego pieniądza naprawdę się skończyła. Jeszcze przed eskalacją konfliktu inwestorzy oczekiwali co najmniej dwóch obniżek stóp Fed w 2026 roku. Dziś te oczekiwania szybko znikają. Coraz więcej ekonomistów mówi wręcz o ryzyku odwrotnego scenariusza…
… Nowych podwyżek stóp w świecie permanentnych szoków podażowych, fragmentacji geopolitycznej i chronicznie podwyższonej inflacji. Cytowany przez Bloomberga, TS Lombard mówi wprost: świat może wchodzić w zupełnie nową fazę cyklu monetarnego i utrwalonych wyższych stóp procentowych. To zdanie jeszcze rok temu wydawałoby się kompletnie oderwane od rzeczywistości.
I właśnie dlatego część rynku zaczyna się bać tej euforii
Im bardziej rajd koncentruje się na kilku gigantach AI, tym bardziej przypomina klasyczne końcówki wcześniejszych cykli spekulacyjnych. Rynek przestaje rosnąć szeroko. Coraz mniej spółek uczestniczy w hossie. Kapitał płynie niemal wyłącznie tam, gdzie istnieje najsilniejsza narracja. To często bardzo późna faza rynku.
Oczywiście nie oznacza to automatycznie krachu. AI rzeczywiście może okazać się technologiczną rewolucją porównywalną z internetem. Problem polega na tym, że niemal wszyscy zaczynają już traktować ten scenariusz jako pewnik. A właśnie wtedy rynek zwykle robi się najbardziej podatny na rozczarowanie.
Zwłaszcza że historycznie szoki energetyczne bardzo często kończyły się recesją. Analitycy coraz częściej przypominają, że długotrwały wzrost cen energii praktycznie zawsze zaczyna w końcu uderzać w konsumenta, marże firm i płynność finansową gospodarki. Na razie Wall Street jeszcze tego nie wycenia. Inwestorzy wierzą, że AI jest wystarczająco potężną historią, by przykryć wszystko inne. Jeśli się tak nie stanie, możemy zobaczyć spadki.