Znamy efekty trójstronnych negocjacji z Rosją. Przełom blisko? Oto stanowisko Kremla

Rrozmowy w Moskwie między Władimirem Putinem a wysłannikami USA Steve’em Witkoffem i Jaredem Kushnerem nie przyniosły przełomu. Pokazały za to, że istnieją twarde granice, których Kreml nie zamierza przekroczyć w negocjacjach dotyczących wojny w Ukrainie. Oficjalna narracja rosyjska, powtórzona po raz kolejny przez doradcę Putina Jurija Uszakowa, jasno wskazuje, że Rosja nie postrzega rozmów jako drogi do kompromisu, na tym etapie walk.

Czterogodzinne spotkanie określono jako „wyjątkowo szczere” i „konstruktywne”, ale w języku rosyjskiej dyplomacji takie sformułowania zwykle oznaczają coś innego niż w zachodnim rozumieniu. „Szczerość” polegała na ponownym zakomunikowaniu, że wojna będzie trwała tak długo, aż Rosja osiągnie cele „specjalnej operacji wojskowej”, a tzw. „konstruktywność” – na tym, że Amerykanie zostali skonfrontowani z niezmiennym stanowiskiem Kremla w sprawie terytorium.

Rosyjska definicja pokoju

Kluczowym elementem rosyjskiego stanowiska pozostaje kwestia terytorialna, ujęta według tzw. „formuły z Anchorage”, do której Moskwa regularnie się odwołuje. Oznacza ona warunek wstępny: bez formalnego uznania rosyjskiej kontroli nad zajętymi obszarami Donbasu nie może być mowy o trwałym pokoju. W praktyce Kreml domaga się przekazania Ukrainie pozostałych części obwodów donieckiego i ługańskiego, w tym strategicznych miast-twierdz Kramatorska i Słowiańska. Te nadal znajdują się pod kontrolą Kijowa.

Wydaje się, że żądania te są próbą „zamknięcia konfliktu”, lecz elementem szerszej logiki. Rosja chce, by wojna zakończyła się w sposób, który potwierdzi skuteczność użycia siły do zmiany granic w Europie. Uznanie zdobyczy terytorialnych stałoby się precedensem – nie tylko wobec Ukrainy, ale wobec całego postsowieckiego obszaru, w tym państw bałtyckich.

Dlatego Kreml tak konsekwentnie podkreśla, że bez rozwiązania kwestii terytorialnej „nie należy oczekiwać długoterminowego porozumienia”. Ukraina z kolei znajduje się w sytuacji prawno-politycznej, która praktycznie uniemożliwia spełnienie tych żądań. Konstytucja wymaga referendum w sprawie cesji terytorium, a przeprowadzenie go w warunkach stanu wojennego jest niemożliwe. Zgoda na takie rozwiązanie oznaczałaby nie tylko kapitulację polityczną, lecz także wewnętrzną destabilizację państwa.

Waszyngton 'traci czas’ na negocjacje?

W tym kontekście umiarkowany optymizm Steve’a Witkoffa, który stwierdził, że negocjacje sprowadzają się do „jednego, rozwiązywalnego problemu”, należy odczytywać raczej jako sygnał polityczny niż realną ocenę sytuacji. Dla USA – zwłaszcza administracji skłonnej do transakcyjnego podejścia już sam fakt rozmów i ich kontynuacja w Abu Zabi mają pewną wartość. Pokazują zaangażowanie dyplomatyczne i próbę „zarządzania konfliktem”, nawet jeśli fundamenty pozostają nierozwiązywalne.

Problem polega na tym, że „ten jeden problem” terytorium jest dla obu stron egzystencjalny. Dla Rosji to kwestia prestiżu, bezpieczeństwa i narracji imperialnej. Niezdobycie terytoriów byłob kompromitacją i oznaczałoby de facto, że ponad milion żołnierzy zostało rannych, lub straciło życie, bez żadnego strategicznego efektu dla państwa… Państwa, które zubożało i przestawiło się na produkcję wojenną.

Z kolei dla Ukrainy to kwestia suwerenności i przetrwania państwa. Nie istnieje tu naturalna strefa kompromisu, a każde rozwiązanie narzucone Ukrainie spotka się nie tylko z oporem Kijowa, lecz także z jednoznacznym sprzeciwem większości państw europejskich, które obawiają się legitymizacji agresji. Rosyjskie ostrzeżenie po rozmowach z USA należy traktować nie jako eskalację retoryczną, lecz jako chłodne przypomnienie realiów. Wojna w Ukrainie nie znajduje się na progu „technicznego rozwiązania”, lecz w fazie strategicznego przeciągania liny.