Trump dał Iranowi ostatnie ostrzeżenie, Teheran odpowiada. Wojna nieunikniona?

Pomiędzy administracją amerykańską a władzami irańskimi narasta wymiana ciosów – na razie tych retorycznych, na słowa, złośliwości i epitety. Wymiana obelg coraz bardziej dotyczy jednak gróźb militarnych, zaś negocjacje pomiędzy tymi krajami miały się załamać. Zarazem w weekend Iran był świadkiem kolejnych masowych protestów, które wybuchły mimo trwającej w tym kraju rzezi ich uczestników, a także w zasadzie kogokolwiek podejrzewanego o jakikolwiek sprzeciw wobec teokratyczno-policyjnego reżimu Republiki Islamskiej.

Biały Dom od pewnego czasu nasiliła presję na Iran, wysyłając w kierunku Zatoki Perskiej znaczne siły morskie i lotnicze. Na początku tego tygodnia ogłoszono, że grupa uderzeniowa z lotniskowcem USS Abraham Lincoln na czele – większa niż ta skierowana wcześniej w rejon Wenezueli – dotarła na akwen Zatoki Omańskiej, skąd ma w zasięgu swego lotnictwa oraz pocisków cele w Iranie. Na ile dzieje się to pokazowo, a na ile są to faktyczne działania przygotowania do działań zaczepnych, naturalnie nie sposób powiedzieć z jakimkolwiek sensownym marginesem pewności.

Jednocześnie trwają ruchy sił USA w regionie Bliskiego Wschodu, w tym rozmieszczenie systemów obrony przeciwrakietowej THAAD i Patriot, samolotów F-35, F-15E Strike Eagle, dronów MQ-9 Reaper oraz maszyn tankowania i wsparcia logistycznego. Odnotowano liczne loty ciężkich transportowców C-17 Globemaster III i C-5 Galaxy – a także kursy samolotów dyspozycyjnych do szeregu miejsc (te ostatnie niektórzy interpretują jako cichą ewakuację placówek dyplomatycznych czy wywóz zbędnego personelu cywilnego USA i krajów zachodnich).

„Javid Shah!”

Mniej lub bardziej (ostatnio raczej bardziej) wyraźna groźba starcia militarnego narasta od niemal miesiąca. Od końca grudnia 2025 roku Iran jest bowiem wstrząsany przez nieustające, najsilniejsze od ponad półwiecza masowe protesty społeczne. zapoczątkowane strajkiem na teherańskim Wielkim Bazarze, wywołanym gwałtownym załamaniem riala, ogromną inflacją i wzrostem kosztów życia. Demonstracje, strajki, starcia i zamieszki szybko objęły liczne miasta, a nawet mniejsze miejscowości i regiony wiejskie, przybierając zarazem charakter jednoznacznie antyreżimowy.

Na żądania obalenia Republiki Islamskiej, zakończenia teokratycznych rządów, powrotu syna ostatniego szacha Iranu, księcia Rezy Pahlawiego, a także zakończenia finansowania ugrupowań islamistycznych na Bliskim Wschodzie, władze zareagowały ogólnokrajowym blackoutem komunikacyjnym, a następnie skierowaniem przeciwko niezadowolonym mieszkańcom środków militarnych, masowymi zbrodniami (wg szacunków co najmniej 35 tys. zabitych, choć najpewniej to dane niedoszacowane), represjami i aresztowaniami (ponad 42 tys. uwięzionych).

To z kolei wywołało coraz głośniejsze naciski – przede wszystkim pod adresem Białego Domu – dotyczące interwencji i wsparcia dla protestujących Irańczyków. Choć w ostatnich tygodniach szereg amerykańskich polityków, na czele z Donaldem Trumpem we własnej osobie, wyrażał dla nich werbalne wsparcie, to jak dotąd nie poszło za nim to praktyczne – w istocie jedyną znaczącą formą tego był udostępniony Irańczykom darmowy dostęp do internetu poprzez system Starlink, do pewnego stopnia wymykający się blokadzie (a i to było efektem decyzji Elona Muska, nie oficjeli).

Skale politycznego chłodu i utylitaryzmu

Ten brak działań tłumaczono to czy to niechęcią bazy wyborczej Trumpa wobec kolejnych zamorskich wojen, czy faktem, że kryzys, w jakim znalazł się Iran, stanowił w dużej mierze zaskoczenie – i amerykańskie siły zbrojne po prostu nie były do takiej kampanii przygotowane (w przeciwieństwie do, na przykład, niedawnej interwencji w Wenezueli, do której przygotowania miały, wedle niepotwierdzonych informacji, trwać co najmniej pół roku). Administracja Trumpa sygnalizowała także, że interwencja mogłaby nastąpić w przypadku masowych publicznych egzekucji.

O czym natomiast wspominano znacznie dyskretniej to kwestia utylitarnie pojmowanej polityki realnej Białego Domu. Chodzi tutaj oczywiście o próbę wykorzystania sytuacji do rozwiązania problemu, jaki wciąż stanowi program nuklearny Teheranu, będącego takowym pomimo taktycznego sukcesu operacji „Midnight Hammer” z czerwca 2025 r., kiedy to amerykańskie siły zniszczyły kluczowe irańskie instalacje wzbogacania uranu. Iran zapowiedział jednak wówczas, ze instalacje zostaną odbudowane, zaś prace w zakresie wzbogacania uranu będą kontynuowane.

W tej kwestii wciąż trwa impas, i to od dawna. Po wycofaniu się USA z porozumienia nuklearnego JCPOA w 2018 r. i wprowadzeniu kampanii „maksymalnej presji” od marca 2025 r., negocjacje utknęły. Także i teraz – co skądinąd nie dziwi, biorąc pod uwagę wyjątkowo słabą pozycję, w której znalazł się reżim ajatollahów w Teheranie – Waszyngton stawia twarde warunki: trwałe zaprzestanie wzbogacania uranu, ograniczenie zasięgu i liczby rakiet balistycznych, a także zakończenie wsparcia dla zbrojnych grup proxy w regionie, w tym Hamasu, Hezbollahu i Huti.

Iran prze do starcia, czy udaje, bo musi?

Iran już odrzucił jednak te żądania, po raz kolejny twierdząc, że ma prawo do programu atomowego. Swoje zbrojenia argumentuje zaś zagrożeniem ze strony Izraela i właśnie USA. Irańskie władze, w typowym dla siebie, dość pompatycznym tonie, zapowiedziały „potężną odpowiedź” zbrojną na ewentualne naloty, obiecując zatopienie amerykańskiej floty, zniszczenie baz USA w regionie i odwet na Izraelu. Kpiąco wypomniano także Amerykanom blamaż interwencji w Iraku i Afganistanie, zarazem zapowiadając powtórkę tego scenariusza w razie ataku.

Politycznie fiasko dotychczasowych rozmów wskazuje na scenariusz impasu: Iran postrzega amerykańskie żądania jako formę kapitulacji, a USA nie akceptują perspektywy arsenału nuklearnego w rękach państwa, którego przedstawiciele otwarcie zapowiadali jego użycie. I choć niedawno sam Trump sygnalizował, że irańskie władze chcą się porozumieć, to masowe protesty i masakra ich uczestników czynią to porozumienie mniej prawdopodobnym. Z drugiej strony, wpływ samych protestów i wewnętrznej rzezi na wewnętrzną stabilność Iranu pozostają na razie nader trudny do przewidzenia.

Ale potencjalnie mogą doprowadzić do tak daleko idącego rozchwiania struktur władzy w Iranie (nawet jeśli same protesty uda się utopić we krwi), że ewentualne porozumienie mogłoby nie mieć większego znaczenia w praktyce.