To nie żart: certyfikuj się jako LGBT, żeby dostać pieniądze podatników

Chcesz preferencyjnych kontaktów i pieniędzy podatników? Nic prostszego. Nie musisz konkurować jakością ani ceną, budować relacji z klientami czy rozwijać kompetencji. Wystarczy, że należysz do faworyzowanej mniejszości – w tym przypadku, tej seksualnej. Z takiego właśnie założenia zdaje się wychodzić stan Kalifornia. Oto bowiem Kalifornijska Komisja Regulacji Usług Publicznych (CPUC) stworzyła mechanizm certyfikacji przedsiębiorstw, który uzależnia dostęp do publicznych kontraktów od udokumentowania szczegółów życia seksualnego właścicieli. Takie agresywne uprzywilejowanie jest oczywiście całkowitym bezprawiem, no ale „walka z homofobią” przecież ważniejsza…

Bazą preferencyjnych zleceń dla uprzywilejowanych grup – standardu rodem z republik bananowych – uczyniono sektor energetyczny (być może po to, aby nikt nie mógł wybrać opcji „opt-out” – trudno przecież zrezygnować z dostaw prądu). Program, prowadzony przez California Public Utilities Commission (CPUC), narzuca dużym przedsiębiorstwom energetycznym (o rocznych przychodach powyżej 25 milionów dolarów) obowiązkowe cele zakupów od certyfikowanych dostawców LGBT: 0,5% w 2022 roku, 1% w 2023 roku oraz 1,5% od 2024 roku.

System ten – w istocie formalizujący bezczelne wyprowadzanie publicznych pieniędzy do kieszeni grupy stanowiącej pupilka miejscowych polityków (nieważne przy tym, że chodzi akurat o mniejszości seksualne, lecz o sam fakt arbitralnego faworyzowania wybranych grup kosztem reszty społeczeństwa) – otwiera owym pupilkom drogę do puli środków szacowanej na 633 miliony dolarów rocznie, alokowanych wyłącznie do podmiotów ze stosownymi certyfikatami tożsamościowymi. Innymi słowy: „Legitymacje gejowskie”, by otrzymywać lukratywne zlecenia – witamy w świecie w krzywym zwierciadle.

Legitymacje gejowskie

Procedura weryfikacji tożsamości (pojęcie to należy traktować z przymrużeniem oka wobec skali absurdu samej idei) wymaga od przedsiębiorców przedstawienia dokumentacji małżeńskiej (oczywiście wyłącznie dotyczącej związków z literkami w nazwach, zwyczajni heteroseksualiści nie mają tu czego szukać), dowodów podjętych lub zrealizowanych starań o adopcję dziecka, zaświadczeń od prawnika, lekarza lub trzech osób trzecich potwierdzających orientację seksualną lub tożsamość płciową, a w przypadku osób deklarujących transpłciowość – także zaświadczeń o przebytych zabiegach chirurgicznych.

Ba, niezbędne może okazać się przedstawianie zaświadczeń od tzw. uznanych organizacji LGBT, której przedstawiciele oceniają, czy kandydat jest dostatecznie autentyczny w swojej gejowsko-lesbijsko-biseksualno-transseksualnej tożsamości (co skądinąd stanowi prywatyzację prawa i uzurpację władzy publicznej przez owe organizacje). Urzędnicy państwowi zaś zajmują się weryfikacją przeżyć intymnych aplikantów, przyznając lub odbierając prawo do uczestnictwa w rynku zamówień publicznych na podstawie kryteriów, za przeproszeniem, z d*py – w tym przypadku w sensie całkiem dosłownym.

„Nam się należy!”

Być może te słowa wydają się nieco trudne do uwierzenia – wymóg dokumentowania chirurgicznego usunięcia niektórych narządów płciowych, by uzyskać preferencyjne zlecenie, wykracza swym surrealistycznym absurdem nawet poza standard, do którego przyzwyczaiła obserwatorów Kalifornia – ale kalifornijscy politycy wcale nie kryją się z tym, że ta jedna grupa ich zdaniem musi mieć lepszy i łatwiejszy dostęp do pieniędzy niż obywatele nie należący do „mniejszości”. A przynajmniej – nie do tych preferowanych.

Także organizacje reprezentujące środowiska LGBT otwarcie domagają się utrzymania, a nawet dalszego rozszerzania preferencji i przywilejów dla siebie kosztem szarej większości. Ich zdaniem, w branży energetycznej „panuje homofobia” – to wszystko w stanie, w którym politycy przy każdej okazji obwieszają publiczne gmachy tęczowymi flagami, traktując je z większą rewerencją niż flagę amerykańską – a samo rozważanie obniżenia celów zakupów od firm LGBT zostało uznane przez stanowy LGBTQ Caucus za „obrazę dla społeczności LGBTQ+”.

Kalifornia, co łamie własne prawo

Naturalnie, na pojawiające się pytanie „jak to legalnie możliwe?”, odpowiedź brzmi „niemożliwe”. Cały program stoi w jaskrawej sprzeczności z zasadą równości wobec prawa, zagwarantowaną przez XIV poprawkę do Konstytucji USA, która zabrania stanom tworzenia przepisów dyskryminujących obywateli ze względu na przynależność do określonych grup. Nawet sama Kalifornia formalnie penalizuje takie działania. W 1996 roku mieszkańcy stanu przyjęli w referendum Proposition 209, zakazującą preferencyjnego traktowania ze względu na rasę, płeć, pochodzenie etniczne w zatrudnieniu, edukacji i kontraktach publicznych.

Tak lokalni, jak i liczni federalni politycy przepisy te jednak przez lata niemal otwarcie ignorowali – reagując tylko wtedy, gdy dla odmiany ofiarą dyskryminacji padłaby osoba należąca do faworyzowanych przezeń grup: prócz LGBT także mniejszości rasowych czy nielegalnych imigrantów. Dopiero niedawno zaczęło się to zmieniać. Departament Sprawiedliwości USA wszczął ostatnio śledztwo dotyczące programu, kwestionując jego legalność i zgodność z federalnymi standardami kontraktowymi oraz zasadą równego traktowania. Kalifornia jednak nadal problemu nie dostrzega.

Bycie „uciskaną” mniejszością, która nie musi się przejmować prawem, to, jak widać, naprawdę niezły biznes.