Siedziby władz szturmowane przez tłumy, sklepy i szkoły zamknięte, gospodarka zamrożona. Iran wstrząsany społecznym buntem

Władze Iranu wprowadziły szeroko zakrojone zamrożenie życia gospodarczego i publicznego w w 21 z 31 prowincji kraju. Decyzja ta, ogłoszona ogłoszona 31 grudnia 2025 roku, ma związek z masowymi protestami, które wybuchły w tym kraju kilka dni temu. Oficjalnie uzasadniono ją koniecznością oszczędzania energii w zimie, w praktyce służyć ma wymuszonemu wyciszeniu nastrojów. Te jednak uparcie wyciszyć się nie chcą, a Iran – i to nie tylko największe miasta – wrze.

Protesty wybuchły pod koniec grudnia 2025 roku, sześć dni temu – początkowo w Teheranie, gdzie kupcy z Wielkiego Bazaru zamknęli sklepy w proteście przeciw gwałtownemu spadkowi wartości riala. Irańska waluta oficjalna osiągnęła rekordowo niski poziom – około 1,45 miliona riali za dolara, tracąc niemal połowę wartości w ciągu roku. Inflacja w grudniu wyniosła około 42 procent, przy czym ceny żywności wzrosły o ponad 70 procent.

Te spadki bardzo pogłębiły kryzys gospodarczy, zaostrzany przez nawarstwiające się brzemię wieloletnich sankcji – w tym tych nałożonych przez ONZ we wrześniu 2025 roku w mechanizmie „snapback” związanym z programem nuklearnym Iranu. Do tego doszły ogromne koszty dla ekonomii (zwłaszcza w postaci zniszczonej infrastruktury), jakie Iran poniósł w związku z dwunastodniową wojną z Izraelem w czerwcu ubiegłego roku – nawet jeśli, jak twierdzą władze, wcale jej on nie przegrał.

Dyskurs społeczny w akcji

Demonstracje szybko rozprzestrzeniły się na inne miasta, takie jak Isfahan, Sziraz, Meszhed czy Kermanszah. Do kupców dołączyli studenci, którzy sparaliżowali kampusy uniwersyteckie, oraz mieszkańcy blokujący ulice. Zamknięcia sklepów i bazarów objęły znaczną część handlu detalicznego, co dodatkowo pogorszyło sytuację ekonomiczną. W niektórych prowincjach, w tym w Lorestan i Fars, doszło do wydarzeń, które oficjalnie określano jako „incydenty”, a które realnie są masowymi zamieszkami.

Wściekłe tłumy miały zaatakować siedziby władz oraz organów siłowych. Służby bezpieczeństwa ze swej strony użyły tak pałek i gazu łzawiącego, jak i normalnej broni palnej. Także protestujący nie byli, jak się wydaje, zupełnie bezbronni, media poinformowały bowiem o śmierci co najmniej jednego funkcjonariusza paramilitarnej milicji Basidżów. Organizacje dysydenckie donoszą z kolei o (oczywistych w przypadku strzelania do tłumów) ofiarach wśród demonstrantów.

Iran bulgocze pod pokrywką

Rząd prezydenta Masuda Pezeszkiana zareagował na kryzys kilkoma krokami – choć trzeba od razu zaznaczyć, że w teokratycznym ustroju Iranu to nie rząd i prezydent sprawują realną kontrolę nad sytuacją. Przyznają to zresztą nawet sami protestujący, których wściekłość kieruje się pod adresem faktycznego władcy kraju, najwyższego przywódcy duchowo-politycznego (rahbara), ajatollaha Alego Chamenei. 30 grudnia ogłoszono zatem dymisję – co oczywiste, jako kozła ofiarnego – szefa banku centralnego Mohammada Rezy Farzina.

Zastąpi go były minister gospodarki Abdolnaser Hemmati. Częściowe zamknięcie gospodarki natomiast, obejmujące większość prowincji, miało mieć charakter tymczasowy i dotyczyło głównie 31 grudnia, choć jak to bywa z tymczasowymi działaniami dowolnych władz, w niektórych regionach przedłużono je na kolejne dni pod pretekstem warunków pogodowych. Niewykluczone, a nawet bardzo prawdopodobne, że będą one dalej przedłużane – tak długo, jak długo trwać będą protesty (lub upadnie władza).

Uroki życia w Islamskiej Republice

Obecne zamieszki, w odróżnieniu od wielu wcześniejszych, z początku były pozbawione podtekstu politycznego – ich przyczyną były kwestie ekonomiczne, szalejące koszty wszystkiego oraz pogarszanie standardu życia. Sytuacja gospodarcza Iranu pozostaje napięta od lat, pogorszona przez ograniczenia eksportu ropy naftowej, deficyt budżetowy oraz skutki wspomnianej wojny z Izraelem – a także trwające, związane z nią „rozliczenia” (tj. przeprowadzane setkami egzekucje – tylko w grudniu było ich 376).

Od jesieni ubiegłego roku Iran zmaga się też z najgorszą od lat suszą. Ta ostatnia przekłada się na brak wody (nie tylko tej ciepłej) w kranach, i jest tak ostra, że rząd w listopadzie przebąkiwał nawet o konieczności ewakuacji Teheranu. Protesty te, ostrzejsze niż w sierpniu, są największymi od 2022 roku, kiedy demonstracje wybuchły po śmierci Mahsy Amini – a które wówczas udało się władzom stłumić siłą i represjami. Tym razem może być inaczej, i sami rządzący wydają się być tego świadomi. I znacznie ostrożniejsi niż zwykle.

Szach ajatollahom

Wielką różnicą jakościową jest tym razem to, że najgwałtowniejsze zamieszki wcale nie mają miejsca w kilku największych miastach, będących „tradycyjnym” miejscem protestów, które w ostatnich dekadach widział Iran, lecz w dziesiątkach mniejszych miejscowości – historycznie stanowiącym zaplecze poparcia dla władz Islamskiej Republiki. Poparcie poparciem, ale również społeczna baza reżimu ajatollahów (a zwłaszcza ich struktur siłowych) też odczuwa ogromne trudności i koszty.

Jak to miewa do siebie dynamika społecznych napięć, protesty zaczęły się bez podtekstu politycznego – ale szybko go nabrały. Wznoszonym przez tysiące ludzi okrzykom, życzącym przykrej śmierci ajatollahowi Chamenei, zaczęły towarzyszyć wezwania do powrotu księcia Rezy Pahlawiego, żyjącego w USA, ale aktywnego publicznie dziedzica dynastii szachów dawnego Iranu. Tudzież, w zależności od zapatrywań politycznych, analogiczne wezwania pod adresem lewicowej organizacji Mudżahedinów Ludowych.

Z kim rozmawiać o przyszłości?

Prezydent Pezeszkian, zupełnie inaczej niż poprzednicy, usiłuje negocjować z protestującymi i wykazuje gotowość do przynajmniej częściowego spełnienia ich postulatów. Nie wiadomo jednak, na ile deklaracje władz są realistyczne. Zwłaszcza, że ajatollah Chamenei, od którego faktycznie zależałaby ich realizacja, od czerwcowej wojny w praktyce zniknął z przestrzeni publicznej. Jest on przy tym schorowany, w podeszłym wieku (86 lat) i (wedle krążących plotek) nie jest w stanie funkcjonować bez środków przeciwbólowych.

Wygląda zatem na to, że Iran po prostu dryfuje – ani władza, ani zbuntowana publika nie mają realistycznego planu ani recepty na bezbolesne (i bezkrwawe) wyjście z obecnej sytuacji. Zwłaszcza, że problemy ekonomiczne, które były ich zarzewiem, przecież nie znikną, i nawet w przypadku prężnego, kompetentnego zarządzania gospodarką kraju (o czym obecnie ciężko mówić, co również przyznał Pezeszkian) ich rozwiązanie zajęłoby lata. Niestety, dla Irańczyków to mało optymistyczna wizja.