Rosja bez pardonu zakpiła z europejskich przywódców po tym, jak Donald Trump zagroził nałożeniem ceł na kraje sprzeciwiające się jego planom wobec Grenlandii. Kremlowscy urzędnicy nie tylko komentują sprawę, ale robią to w sposób ostentacyjnie pogardliwy.
Rosja kpi: „Nie prowokujcie swojego tatusia”
Iskrą zapalną była zapowiedź Trumpa o 10-procentowych cłach, które miałyby objąć m.in. Danię, Niemcy, Francję, Wielką Brytanię czy Szwecję. Wprost powiązał je z „brakiem współpracy” przy amerykańskich planach dotyczących Grenlandii. Zasugerował nawet, że stawki mogą wzrosnąć nawet do 25%, jeśli Europa dalej będzie stawiać opór.
Najgłośniejszą reakcją z Moskwy był wpis Kiriła Dmitrieva, szefa Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich. Na platformie X napisał on, że Europa nie powinna „prowokować swojego tatusia”, odnosząc się bezpośrednio do Trumpa.
Dmitriev drwił również z obecności wojsk NATO na Grenlandii. Dodał ironicznie, że „10% ceł to w zasadzie 1% za każdego wysłanego tam żołnierza”. Jego słowa natychmiast obiegły światowe media i zostały odebrane jako otwarta kpina z europejskiej pozycji wobec USA. Nie był to przypadek. Rosyjski polityk nawiązał do głośnej sytuacji z ubiegłego roku, gdy sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, półżartem określił Trumpa mianem „daddy” podczas jednego ze szczytów Sojuszu.
Kreml patrzy i liczy zyski
Eksperci nie mają wątpliwości: im większe napięcia między USA a Europą, tym lepiej dla Moskwy. Spór o Grenlandię i groźby handlowe podważają spójność NATO w momencie, gdy wojna w Ukrainie wciąż trwa, a Rosja szuka każdej okazji do rozbijania zachodnich sojuszy.
– Putin chce słabszego NATO. Trump, nawet jeśli nieświadomie, mu to ułatwia – mówi jeden z europejskich dyplomatów, cytowany przez zachodnie media.
Grenlandia, strategicznie położona i coraz ważniejsza militarnie, staje się dziś symbolem znacznie większego problemu: walki o wpływy, prestiż i kontrolę w Arktyce. A im głośniej kłócą się sojusznicy, tym chętniej Rosja dolewa oliwy do ognia. Z drwiną i satysfakcją.