Niemieckie władze szykują kolejny skok na internet i platformy społecznościowe, pragnąć wytępić możliwość kolportowania niezależnych opinii i zamienić social media w tuby propagandowe dla oficjalnej narracji medialnej. Tak pokrótce można opisać najnowszy projekt, którym Niemcy mogą zostać uszczęśliwieni już za kilka miesięcy. Projekt był rozwijany po cichu, jednak pechowo dla rozwijających wyciekł do wiadomości publicznej. Notabene – nie wyciekłby, gdyby plany władz już zrealizowano.
Nic tak mocno nie krzyczy o „zaufaniu” i „wiarygodności”, jak konieczność przymusowego, nakazanego prawnie zwiększania zasięgów rzekomo zaufanych i wiarygodnych mediów prorządowych głównego nurtu. Z tego właśnie założenia, zdaje się, wychodzą właśnie niemieccy politycy, którym nie podoba się, że zwykli Niemcy coraz mniej chętnie konsumują narrację informacyjną serwowaną przez główne ośrodki medialne w tym kraju – i nie głosują tak, jak powinni. Rozwiązanie? Zmusić ich do tego!
Władze słynącej z demokracji i praworządności Republiki Federalnej pracują bowiem nad prawnym mechanizmem, który wymusi na platformach społecznościowych algorytmicznego promowanie treści pochodzących od zatwierdzonych przez państwo źródeł „informacji”. Nie, w ogóle nie pachnie to państwową propagandą i jedynie słuszną narracją, z którą Niemcy miały w ciągu ostatniego stulecia swej historii aż nadto doświadczeń, skąd w ogóle taka myśl…
Z dokumentu, które wyciekł, wynika, że projekt ustawy, zwany Cyfrowym Traktatem Medialnym (oczywiście nazwanym kłamliwie, bowiem nie jest to wcale dobrowolny traktat, a przymusowy nakaz), ma zostać zaprezentowany tego lata i wejść w życie w ciągu kilka miesięcy. Decyzję o tym, które media uznane zostaną za „wiarygodne”, podejmować mają regulatorzy i urzędnicy powoływani przez polityków – których to polityków działania owe „wiarygodne” media mają później relacjonować.
Niemcy szykują się na powtórkę z historii?
Dokument ten, zatytułowany „Paper on the Further Development of Public Value”, definiuję architekturę systemu, w którym państwowi biurokraci z nadania politycznego będą decydować, które media zasługują na miano podmiotów służących interesowi publicznemu. Komisja ds. Licencjonowania i Nadzoru (ZAK), złożona z przewodniczących czternastu krajowych organów medialnych, zyskałaby bowiem rolę arbitra „wiarygodności”.
Mechanizm zakłada, że poszczególne artykuły i filmy od „zatwierdzonych” redakcji otrzymają etykietę „wartość publiczna” – przy czym to same media będą mogły oznaczać swoje treści jako służące interesowi publicznemu (sic!). Platformy takie jak X, Facebook, Instagram czy TikTok będą z kolei zobowiązane prawnie do modyfikacji swoich algorytmów w celu natrętnego stręczenia tych treści w wynikach wyszukiwania, rekomendacjach i strumieniach użytkowników.
Dyktat ów ma obejmować nie tylko priorytetyzację, ale także ewentualne wprowadzenie prawnych kwot dotyczących minimalnego udziału „zatwierdzonych” treści w wyświetlanych materiałach. Platformy społecznościowe będą ponadto zobowiązane do udowadniania i wykazywania urzędnikom, w jaki sposób ich systemy promują widoczność medialnego agitpropu zatwierdzonych treści – co z kolei najprawdopodobniej zmusi ich do ujawniania wewnętrznych mechanizmów algorytmów.
Zupełnym przypadkiem, Niemcy od dawna usiłują wymusić na niektórych platformach przekazanie swojego kodu oraz dostępu do niego. Zwłaszcza na tych, które okazały się niedostatecznie entuzjastyczne w donoszeniu niemieckim władzom na swoich użytkowników czy cenzurowaniu ich opinii – nawet mimo represji sądowych i policyjnych, które miały je do tego zachęcić.
To RFN anektowała NRD, czy jednak na odwrót?
To także z całą pewnością zupełny i totalny przypadek, że potrzebę ustawowego zdefiniowania, które media są „zaufane” – i prawnie wymuszanego pompowania ich przekazu, który to przekaz sam z siebie najwyraźniej okazuje się niewarty zaufania ludzi – politycy dostrzegli akurat w momencie, gdy Niemcy po raz pierwszy od dekad uzyskali realną alternatywę w zakresie dostępu do informacji w postaci niezależnych doniesień i opinii kolportowanych poprzez media społecznościowe.
I które to media pierwszy raz od dawna podważyły monopol w dziedzinie informacyjnej, którym od dawna dysponowało grono dominujących organizacji medialnych, funkcjonujących w dużej mierze w symbiozie z establishmentem politycznym. W obliczu takiej alternatywy Niemcy zaczęli masowo „głosować nogami”, chętniej korzystając ze źródeł, w których nie tylko można przeczytać opinie niezatwierdzone przez polityków, ale nawet, o zgrozo, sami politycy bywają krytykowani.
Projekt niestety wpisuje się w szerszy trend. Niemcy od lat budują system kontroli i cenzury treści w Internecie. Już w 2017 roku, za rządów Angeli Merkel, przyjęto ustawę NetzDG, która nakładała na platformy obowiązek usuwania „jawnie nielegalnych” treści w ciągu 24 godzin pod groźbą kar finansowych sięgających 50 milionów euro. Obecnie budżet przeznaczany na cyfrową „regulację” mowy wzrósł od 2020 roku ponad pięciokrotnie, osiągając w 2025 roku kwotę około 105,6 miliona euro,
Od 2025 roku podobny system preferencyjny funkcjonuje już tam również sklepach aplikacji i interfejsach telewizorów smart TV. Trzeba trafu, że czołowe pozycje okupują tam telewizje ARD i ZDF. Nowy projekt przenosi ten model bezpośrednio do kanałów społecznościowych, które dotąd stanowiły oddech świeżości od medialnej monokultury niemieckiego mainstreamu.