Pod obrady niemieckiego Bundestagu trafił projekt zmian prawnych przygotowany przez tamtejszy rząd, a zwący się Ustawą o przejrzystości reklamy politycznej (Politische-Werbung-Transparenz-Gesetz), w skrócie (PWTG). W teorii wdraża ona unijną regulację o przejrzystości i targetowaniu reklam politycznych (Transparency and targeting of political advertising), alias TTPA. Ustawa szermuje hasłem „transparentności” odmienianej przez wszystkie przypadki. Jednak jej zapisy cofają Niemcy pod względem skutków dla wolności słowa do dalece mniej chwalebnych epizodów historii XX w. w tym kraju.
Stręczona przez rząd ustawa przyznaje bowiem Bundesnetzagentur – niemieckiej federalnej agencji regulacyjnej dot. komunikacji w Internecie – wręcz rażąco daleko idące kompetencje. Tak daleko, że natrętnie promowana w jej uzasadnieniu „transparentność” staje się w istocie eufemizmem nieograniczonej państwowej inwigilacji. Regulator otrzyma bowiem uprawnienia do niezapowiedzianych rajdów, przeszukań i rewizji pomieszczeń dostawców usług cyfrowych, a także siedzib platform internetowych czy redakcji prasowych, jeśli publikują one w Internecie.
Projekt, pochodzący z resortu ministra cyfryzacji Karstena Wildbergera (CDU), umożliwia organom nadzoru wejście do siedzib firm i redakcji w godzinach pracy bez uprzedniego nakazu sądowego, jeśli istnieje „niebezpieczeństwo w zwłoce”. W takich sytuacjach możliwe jest również zajęcie dokumentów, urządzeń czy nośników danych, z ewentualnym retroaktywnym zatwierdzeniem sądowym w ciągu trzech dni. Ustawa wprost ogranicza konstytucyjne prawo do nienaruszalności mieszkania (art. 13 Ustawy Zasadniczej), co budzi poważne wątpliwości co do zgodności z prawem podstawowym.
Prawo jako but na gardłach krytyków
Krytycy, w tym eksperci prawa konstytucyjnego i prawnicy specjalizujący się w wolności słowa, wskazują, że w ten sposób Niemcy osuwają się w sytuację, w której państwo uzurpuje sobie uprawienia, nad którymi w zasadzie nie ma żadnej kontroli. Prof. Volker Boehme-Neßler, konstytucjonalista, ocenia przeszukania bez nakazu sądowego jako „całkowicie nieproporcjonalne rozszerzenie kompetencji śledczych państwa” i „wyraźnie niekonstytucyjne”. Podkreśla, że w przypadku redakcji próg ingerencji w wolność prasy (art. 5 Ustawy Zasadniczej) jest znacznie wyższy i nie da się pogodzić z planowanymi regulacjami.
Prawnik Joachim Steinhöfel zwraca uwagę na arbitralność pojęcia „niebezpieczeństwa w zwłoce” w kontekście platform cyfrowych, co może prowadzić do omijania kontroli sądowej. „Sędziowie zostają odsunięci, a prawa podstawowe stają się przedmiotem interesów władzy” – stwierdza. Wolfgang Kubicki, wiceprzewodniczący partii FDP, ostrzega przed dalszym ograniczaniem wolności opinii w przestrzeni cyfrowej i polityzacją działań administracyjnych, zwłaszcza w świetle afiliacji politycznych obecnego szefa Bundesnetzagentur, Klausa Müllera (to prominentny polityk Zielonych).
Niemcy wywołują ducha Stasi zza grobu?
Szereg komentarzy prasowych także formułuje w istocie oczywiste wnioski – pod pretekstem transparencji reklam politycznych ustawa tworzy mechanizmy zastraszania mediów i platform, które mogą publikować treści krytyczne wobec rządu. Nieostre definicje „reklam politycznych” grożą nadużyciami, prowadząc do wymuszania autocenzury i ograniczenia pluralizmu debaty publicznej. Krytycy widzą w tym kontynuację trendu rozszerzania nadzoru państwowego nad sferą cyfrową, co prowadzi do erozji demokratycznych standardów wolności słowa, którymi Niemcy tak się szczycą, przynajmniej oficjalnie.
Ministerstwo cyfryzacji broni projektu, argumentując, że podobne uprawnienia istnieją już w prawie konkurencji, telekomunikacyjnym czy wdrożeniu unijnego aktu DSA (Digital Services Act). Stąd też, konkluduje resort, i tak ma on szerokie uprawnienia cenzorskie, stąd opór przed tą akurat ustawą nie ma sensu. Projekt trafi teraz do Bundestagu. W obliczu rosnącej krytyki ze strony środowisk wolnościowych i opozycji debata będzie zapewne zaciekła – jakie ma to jednak znaczenie, skoro koalicja rządowa i tak ma dość głosów, by projekt „przepchnąć”…?