Francja wprowadza bezwzględny zakaz wykonywania nieproszonych połączeń telemarketingowych. Zakaz, który obowiązuje od poniedziałku, stawiając na głowie dotychczasowy model działania call center. Nowe przepisy zabraniają firmom dzwonienia do konsumentów bez ich wcześniejszej, pisemnej zgody – wyjątkiem są jedynie kontakty związane z już zawartymi umowami – a także do przechowywania potwierdzającej tę zgodę dokumentacji. Kara za naruszenie to potencjalnie 375 tysięcy euro za pojedyncze połączenie, co ma zagwarantować, by praktyka ta stała się nieopłacalna.
Zakaz, który wchodzi w życie 11 sierpnia, przewiduje, że nielegalne będzie składanie klientom ofert telefonicznych – chyba, że ci ostatni sami się na to zgodzą. Na piśmie. Mechanizm weryfikacji przestrzegania tego ograniczenia opierać się będzie na centralnym rejestrze zgód, przy czym sam fakt posiadania numeru telefonu przez przedsiębiorcę nie stanowić będzie wystarczającego uzasadnienia do kontaktu marketingowego. Przepisy eliminują dotychczasową lukę prawną, pozwalającą firmom na masowe nękanie abonentów pod pozorem „informacji handlowych”.
Wyjątek od zakazu dotyczy podmiotów utrzymujących istniejące relacje z klientem – jakkolwiek nawet wtedy firmy będą mogły wyrażać zachęty dotyczące tylko tych produktów lub usług, które byłyby bezpośrednio związane z wcześniejszymi transakcjami z danym klientem. Francja umożliwi także zgłaszanie naruszeń zakazu przez dedykowaną platformę administracyjną. Tych może pojawić się niemało, bowiem z raportu parlamentarnego w ub.r. wynika, że aż 97% mieszkańców tego kraju narzeka na irytujące telefony od telemarketerów, 72% jest nimi męczona co najmniej raz w tygodniu, zaś 38% – nawet codziennie.
Francja dziękuje, ale nie skorzysta z oferty
Decyzja ta została zatem entuzjastycznie przyjęta przez zdecydowaną większość zdenerwowanych Francuzów (to skądinąd ewenement, żeby w jakiejś kwestii panowania w tym kraju aż taka zgoda społeczna), jak również stowarzyszenia broniące praw konsumenta. Te, prócz starań o uznanie, że personalna cisza i spokój jest naturalnym stanem, a nie luksusem, zabiegały też od dawna o prawne podważenie postawy marketingowej wielu firm – które zakładają, że osoba, której dane kontaktowe trafią do ich baz danych, automatycznie staje się jej klientem in spe, nawet jeśli sama o tym nie wie i nie wyrażała takiego życzenia.
Prócz szerokiego zadowolenia, zakaz wywołał jednak także falę protestów – co prawda o ograniczonym zasięgu, niemniej nagłośnionych. Doszło do nich zarówno pośród przedstawicieli francuskich firm parających się tą dotąd tą formą marketingu, skupionych w Federacji Sprzedaży Bezpośredniej (Fédération de la Vente Directe, FVD) – które narzekają na utrudniony charakter uzyskiwania zgód oraz uciążliwy wymóg ich przechowywania – jak i, co zabawniejsze, poza granicą Francji i UE. Konkretnie chodzi tutaj o Maroko. Ten właśnie kraj może bowiem w znacznej mierze ponieść jego konsekwencje.
Marokański rząd szacuje bowiem, że w wyniku zakazu, który Francja wprowadza, w najbliższych miesiącach pracę stracić może w tym kraju około 40-50 tysięcy ludzi. Byliby to pracownicy centrów telefonicznych w Rabacie i Casablance, zaś sektor ten jest w znacznej mierze uzależniony od kontraktów z francuskimi korporacjami outsourcingującymi tam tzw. „obsługę klienta”. Niskie koszty pracy, brak uciążliwych związków zawodowych oraz szeroka znajomość języka francuskiego uczyniły z Maroka istne zagłębie telemarketingu, rywalizujące z centrami indyjskimi. Teraz model ten traci uzasadnienie ekonomiczne.
Wątpliwe jednak, by poirytowani telefonicznym nękaniem Francuzi się tym bardzo przejęli.