Klienci kupili filmy *na własność*, Sony usuwa im je z kont. Co w istocie znaczy słowo „kradzież”…?

Już niedługo, wraz z początkiem września, klienci firmy Sony, którzy skorzystali z jej renomowanej (hmmm…) oferty, będą mieli okazję gorzko nad tym faktem zapłakać – ich cyfrowe biblioteki na firmowych kontach PlayStation Store zostaną bowiem potraktowane w podobny sposób, w jakim arabscy fanatycy potraktowali niegdyś Bibliotekę Aleksandryjską. Tyle, że z innych względów. Oto bowiem Sony zapowiedziała – suchym, niemal pogardliwym tonem, bez śladu choćby przeprosin – że po tej dacie odbierze im dostęp do 551 filmów i seriali. 551 tytułów, które klienci rzetelnie kupowali, na własność, płacąc za to za to pełną cenę detaliczną.

„Terminator 2″, 'Total Recall”, „Rambo: Pierwsza krew”, „Łowca jeleni”, „Dziennik Bridget Jones”, „Od zmierzchu do świtu”, „Cliffhanger” – to tylko część filmoteki, która użytkownicy stracą. Naturalnie bez jakiegokolwiek zwrotu pieniędzy, albo choćby jego bieda-formy w postaci voucherów do wykorzystania w sklepie lub darmowych kopii innych tytułów do pobrania. W końcu po co duża korporacja, której najwyraźniej wszystko wolno, miałaby się przejmować cudzą własnością albo cokolwiek oferować w zamian za zasoby, za które jej, drodzy klienci, zapłaciliście. No bo co jej zrobicie?

Jeśli samo to nie byłoby wystarczająco obelżywe, firma Sony zbyła poszkodowanych również w kwestii przyczyn.  Powód oficjalnie podany przez korporację – która w roku fiskalnym 2025 odnotowała 3,1 miliarda dolarów zysku operacyjnego z działu Game and Network Services – mieści się w sześciu słowach: „ze względu na umowy licencyjne dotyczące treści”. W istocie chodzić ma o to, że wygasa umowa na dostęp do treści pomiędzy Sony i StudioCanal, jednym z największych dystrybutorów filmowych na świecie, posiadający w swoim katalogu blisko 9,4 tys. tytułów.

Warto zwrócić uwagę – Sony nie było właścicielem tych filmów, jedynie posiadało licencję na ich dystrybucję w swoim sklepie. Informując o braku przedłużenia umowy (czyli w istocie własnym zaniedbaniu) Sony przyznała się, że świadomie oferowała produkt, o którym wiedziała, że nie ma go na własność i może nie zdołać go dostarczyć. Po czym wzięła od nabywców pieniądze – i cyk, produktu nie ma, a wy możecie sobie… kupić kolejny produkt z „oferty” firmy. Dowolną osobę, która dopuściłaby się takiej formy prowadzenia biznesu, bez wątpienia postawiono by przed wymiarem sprawiedliwości, odczytując jej litanię zarzutów.

Ale Sony jest dużym koncernem medialnym, a takim przypadku…

Oferta firmy Sony (i nie tylko jej)

Przyczyną tej bezkarności jest naturalnie forma prawna, który w sensie etycznym stanowi mechanizm ordynarnego ogłupiania i okradania klientów przez korporacje – tak skonstruowana, by zwalniać firmę z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Regulamin PlayStation Network – dokumentu, którego „akceptacja” jest za pomocą efektywnego szantażu („zaakceptuj, albo twoja konsola, za którą tyle zapłaciłeś, będzie w praktyce bezwartościowa”, by sparafrazować) jest przez Sony wymuszana przy pierwszym uruchomieniu konsoli – można pokrótce podsumować w ten sposób, że firmie wszystko wolno, a klientom nic.

Co więcej, sekcja 10.1 rzeczonego regulaminu twierdzi, że użycie terminów „posiadać”, „własność”, „kupić”, „sprzedać” czy „zakup” nie oznacza i nie implikuje przeniesienia własności jakiejkolwiek treści, danych lub oprogramowania z Sony Interactive Entertainment na użytkownika. Kliknięcie „Kup teraz” przy nazwie filmu, który firma oferuje na „sprzedaż”, wcale nie prowadzi do nabycia produktu – kupuje jedynie żałosną, nieprzenoszalną licencję na użytkowanie prywatne, odwoływalną w każdej chwili i na każdy kaprys lub humor firmy.

To konstrukcja stanowiąca w istocie psychologiczną manipulację, bezwzględnie wyzyskiwaną przez liczne koncerny, Sony wliczając, by czerpać zyski z transakcji, które w optyce klientów stanowią nabycie filmu – kosztem pełnej ceny detalicznej, wyższej przecież niż prosty wynajem. Sięgające po emocjonalny rezonans słowa „kupno”, firmy te dostarczają czegoś kategorycznie mniej wartościowego od tego, czego normalny odbiorca spodziewa się po „zakupie” w encyklopedycznym sensie tego słowa. Wystarczy zakłamać znaczenie słów – i voilà, można czesać baranów, którym zachciało się „kupić” legalnie…

Drodzy klienci, kupujcie *legalnie*

Nie jest to incydent odosobniony. Użytkownicy w Niemczech i Austrii utracili dostęp do treści StudioCanal już w 2022 roku na identycznych zasadach. W grudniu 2023 Sony zapowiedziało usunięcie ponad 1300 sezonów programów Discovery – MythBusters, Man vs. Wild, Deadliest Catch – z bibliotek klientów. Masowy protest zmusił firmę do wycofania się, lecz ugoda z Warner Bros. Discovery przedłużyła dostęp jedynie o trzydzieści miesięcy, co wygasa właśnie w połowie 2026 roku. W przypadku StudioCanal klienci nie otrzymali nawet takiej ulgi – firma planuje usunąć je bez względu na dokuczliwość, jakiej to przysporzy.

Przed konsumentami – jeśli ci w dalszym ciągu pragnęliby ograniczać się do treści legalnych – pozostaje niepewna droga prawna. Klauzule regulaminu, które pozwalają sprzedawcy jednostronnie pozbawić konsumenta jego własności bez jakiejkolwek rekompensaty, z bardzo dużym prawdopodobieństwem kwalifikują się jako klauzule abuzywne – i tym samym niedozwolone, nieważne i niebyłe w rozumieniu prawa konsumenckiego. Pozew zbiorowy zmierzający do unieważnienia tych zapisów i uznania transakcji za rzeczywistą sprzedaż, stanowi jedną z nielicznych opcji odzyskania środków lub wymuszenia trwałości dostępu.

Alternatywą pozostają nośniki fizyczne – pliki wideo pobierane na na dysk/urządzenie pamięci masowej lub płyty Blu-ray. Te jednak same coraz częściej same stają się zależne od serwerów (AACS 2.0 wymaga pobierania kluczy z Internetu; Intel wyłączył w kwietniu 2025 serwer weryfikacji SGX, czyniąc odtwarzanie 4K UHD Blu-ray na PC technicznie niemożliwym bez łamania prawa) – lub systemy nagrywania telewizji naziemnej typu HDHomeRun, rejestrujące sygnał ATSC 1.0 bez warstwy DRM. Oczywiście w tle jest tu jeszcze jedna alternatywa – ta, o której Sony najpewniej wolałaby, by nikt nie pamiętał.

Chodzi oczywiście o treści pirackie. Jak łatwo zobaczyć po choćby pobieżnej kwerendzie, owe 551 filmów z wymienione listy jest wręcz banalnie łatwo dostępnych w Sieci. Pośród komentarzy formułowanych w stosunku do całej sprawy wyraźnie wybrzmiały i te, które twierdzą, że krok firmy Sony to najlepsza i najbardziej przekonująca reklama piractwa internetowego od wielu miesięcy, jeśli nie lat. Apogeum hipokryzji pozostaje tutaj, rzecz jasna, fakt, że firma Sony ze swej strony zapiekle walczy z przypadkami naruszenia własności intelektualnej i wściekle broni swojej własności.

Jednak okraść klientów z ich własności – o, to już żaden problem, wystarczy napisać sobie stosowny regulamin…