Tytuł niniejszego tekstu być może należy uznać za nieco przewrotny, ów plan obrony, o którym mowa, najprościej mówiąc nie istnieje. Dopiero niedawno kanadyjscy planiści zaczęli rozważać, w jaki sposób w ogóle zareagować, gdyby Kanada raptownie stanęłaby w obliczu inwazji ze strony wojsk amerykańskich. Być może zresztą słowo „inwazja” jest tu nietrafne, sugeruje bowiem pełnoskalową wojnę – tymczasem w przypadku Kanady bardziej przypominałoby to po prostu wkroczenie Amerykanów.
Oczywiście, kanadyjskie władze również to wkroczenie chciałyby utrudnić i uczynić możliwie kosztownym – tym samym zmniejszając prawdopodobieństwo tego, że Donald Trump się nań zdecyduje. Ale nawet w tej sytuacji opierają się na założeniach wręcz rażąco nierealistycznych. Czy też, może precyzyjniej, po prostu nie biorą pod uwagę niektórych niewygodnych dla siebie czynników, których przyznanie byłoby kłopotliwe ze względów politycznych (mimo, że czynniki te mogą całkowicie wykoleić kreślone plany).
Ad rem – kanadyjskie Ministerstwo Obrony postanowiło przystąpić do sporządzenia awaryjnych planów na wypadek sytuacji, w której Kanada stałaby się celem hipotetycznej interwencji zbrojnej ze strony Stanów Zjednoczonych. Prace koncepcyjne w tym zakresie, o których sygnalizowano już w 2025 r., a które szerzej opisano niedawno. Mają one jakoby świadczyć o odpowiedzialności, z jaką rząd Partii Liberalnej podchodzi do kwestii obronności, i powadze, z jaką Ottawa traktuje niepokojące sygnały z Waszyngtonu.
Tyle, że jeśli taki w istocie był cel tych prac, to są one całkowita porażką, zaś faktyczny wydźwięk doniesień ich dotyczących jest bardzo daleki od powagi. Resort obrony miał w rzeczy samej zlecić opracowanie modeli symulacyjnych rozwoju sytuacji w przypadku wkroczenia oddziałów amerykańskich. Pierwsza konkluzja, którą wyciągnięto – i do której się przyznano, bowiem jest ona tak oczywista, że nie było sposobu tego uniknąć – brzmi: w przypadku wojny konwencjonalnej Kanada jest bezradna.
Na czymś rząd musi oszczędzać
Trudno zresztą, by było inaczej. Kanadyjskie siły zbrojne mają w linii niespełna 66 tys. żołnierzy zawodowych i ledwie 19 tys. rezerwistów. Z tego grona większość stanowi personel sił powietrznych i floty – nie licząc tutaj naturalnie biurokracji wojskowej, o którą w Kanadzie dba się chyba najbardziej ze wszystkich formacji 'zbrojnych’ – siły lądowe zaś w praktyce funkcjonują jako niewielki korpus ekspedycyjny, przeznaczony do działania w ramach „misji pokojowych” i temu podobnych przedsięwzięć.
Nie było w tym zresztą nic dziwnego – ostatnie działania zbrojne, jakie Kanada toczyła na własnym terytorium (jeśli można tak określić tłumienie buntów Indian i Metysów, o charakterze nieomal policyjnym), miały miejsce jeszcze w XIX w. Większe znaczenie, zwłaszcza w dobie Zimnej Wojny, miały wspomniane flota i lotnictwo. Ale również i one nie powalają swoją potęgą, zaś budżet przeznaczony na obronę, w optymistycznych założeniach sięgający 1,37–1,45%, nie pozwala zmienić tego stanu.
Lotnictwo, wyposażone w kilkadziesiąt starzejących się CF-18 (notabene wersja amerykańskich F/A-18 Hornet), nie jest w stanie zapewnić kontroli przestrzeni nad ogromnym terytorium, i musi posiłkować się współpracą z amerykańskimi siłami powietrznymi Flota, mająca na stanie kilkanaście również nie najnowszych fregat i patrolowców oraz cztery notorycznie sprawiające problemy okręty podwodne, też nie jest formacją zdolną do zaangażowania w pełnoskalową wojnę.
Armia wytrzebiona – ale za to „tęczowa”
Tym bardziej, że odrębną kwestią jest jakość tych sił zbrojnych. W ciągu ostatnich dwóch dekad, pod rządami najpierw Justina Trudeau, a obecnie Marka Carneya, Kanada zasłynęła w dziedzinie wojskowości głównie „obroną inkluzywną”. Zamiast na modernizacji sprzętu czy podnoszeniu umiejętności bojowych skupiano się na zwiększaniu ilości kobiet czy imigrantów w składzie kadry dowódczej, szkoleniach z „różnorodności” czy „wrażliwości kulturowej”, tudzież zmniejszaniu „emisji węglowych” armii.
Całkowitą niewiadomą pozostaje stan faktycznej gotowości bojowej nawet tych sił zbrojnych, które Kanada ma obecnie – a może być on niezbyt wysoki, biorąc pod uwagę, że sporym wysiłkiem dla kraju jest zorganizowanie choćby efektywnego systemu morskich patroli w Arktyce. To samo, i to w jeszcze większej skali, może odnosić się do morale żołnierzy (zwłaszcza tych z oddziałów liniowych), których przez ostatnie dekady, zamiast przywiązania do kraju, uczono „antyrasizmu” i zwalczania „białego przywileju”.
To wszystko w sytuacji, w której siły zbrojne USA liczą ok. 1,33 mln żołnierzy w pierwszej linii, dalsze 765-770 tys w rezerwie i Gwardii Narodowej, a także dysponują setkami samolotów i okrętów, tysiącami sztuk artylerii i pojazdów bojowych, pociskami manewrujące dalekiego zasięgu, dominującymi systemami w zakresie rozpoznania, komunikacji satelitarnej, walki elektronicznej etc. Słowem – wiele wskazuje, że dla Amerykanów zajęcie Kanady nie byłoby wiele trudniejsze niż niedawne ujęcie Nicolása Maduro.
Kanada importuje Afganistan
Z tego ostatniego faktu zdają sobie, jak wspomniano, sprawę nawet ci sami decydenci z kanadyjskiego resortu obrony, którzy odpowiadają za kształt, w jakim znajdują się obecnie siły zbrojne tego kraju. Biurokraci z Ottawy zakładają zatem, że zamiast stawić regularny opór wkraczającym Amerykanom – czy też zamiast po prostu skapitulować pierwszego dnia inwazji – Kanada miałaby ich powitać działaniami nieregularnymi, wojną szarpanymi, sabotażem oraz pozyskaniem wsparcia zewnętrznego.
Modelowana przez ministerstwo sytuacja zakłada zastosowanie „strategicznej obrony opóźniającej”, wykorzystanie trudnego terenu, działania asymetryczne, które miałyby przysporzyć Amerykanom coraz większych strat, oraz „całościowe zaangażowanie społeczeństwa”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Podkreśla się przy tym rzekomą przewagę znajomości terenu, jaką Kanada miałaby na własnym terytorium, oraz zdolność do prowadzenia wojny partyzanckiej na ogromnych, słabo zaludnionych obszarach.
W skrócie, rząd kanadyjskiej Partii Liberalnej chciałby w przypadku do niedawna niewyobrażalnej inwazji amerykańskiej powtórzyć scenariusz rodem z Afganistanu, czyniąc taką inwazję zaporowo kosztowną. Problem w tym, że – jak twierdza krytycy – plany te są zupełnie oderwane od rzeczywistości, ich faktycznym celem jest obrona medialna, nie militarna, zaś jedyny element rodem z Afganistanu, jaki obecny jest obecnie w Kanadzie, to żerujący na kanadyjskim systemie socjalnym imigranci z tego kraju.
Czy komuś w ogóle będzie zależeć?
W czym konkretnie problem? Przecież zdawałoby się, ze Kanada – kraj o ogromnym terytorium, większym od Stanów Zjednoczonych, z połaciami nieprzebytych, gęstych lasów i gór czy subpolarnymi pustkowiami – faktycznie ma doskonałe warunki do działań nieregularnych i partyzanckich. Owszem, ma takie warunki – odpowiadają złośliwi – ale nie ma ludzi, którym chciałoby się go bronić. I w ogromnej mierze jest to zasługa kanadyjskiego rządu oraz Liberalnej Partii Kanady i przemożnego wpływu na stan tego państwa.
W ciągu ostatnich dekad Kanada doświadczyła bowiem zupełnego przewartościowania postawy większości mieszkańców do swojego kraju. Staromodnie staromodnie pojmowany „patriotyzm” czy „nacjonalizm” – sentymenty niezbędne w społeczeństwie, jeśli ma ono prowadzić zorganizowaną walkę zbrojną z zewnętrznym agresorem – były systematycznie marginalizowane w przestrzeni publicznej i medialnej, i zastępowane natrętnie promowanym wokeizmem, „inkluzywnością” oraz polityczną poprawnością.
Do tego dochodzą częściowo związane z powyższym napięcia terytorialne – a ściślej rosnąca frustracja rządami w Ottawie w zachodnich prowincjach Kanady. Prowincje te, dość rzadko zaludnione, były i są systematycznie przegłosowywane przez elektorat ośrodków miejskich ze wschodu i wybrzeża. Zarazem, z uwagi na swoje zasoby naturalne, przez lata były one traktowane jako źródło łatwej gotówki transferowanej do budżetu federalnego oraz prowincji wschodnich, faworyzowanych przez Ottawę.
Niech walczą ci rozbrojeni
W efekcie tego wszystkiego odsetek mieszkańców Alberty, Saskatchewan czy części Manitoby odsetek osób deklarujących niechęć albo wręcz wrogość wobec kanadyjskich władz federalnych waha się w przedziale 40-60% (a gdzieniegdzie w Saskatchewan – nawet powyżej 65%). Także w Quebecu – mimo że ten uchodzi za najbardziej uprzywilejowane terytorium, jakie w swym składzie ma Kanada – w ostatnimi czasy odradza się popularność ruchu secesjonistycznego.
I choć Stany Zjednoczone również nie cieszą się tam specjalną popularnością, to oczekiwanie kanadyjskich planistów, że mieszkańcy tych prowincji będą chcieli walczyć i ginąć za rząd postrzegany przezeń z niechęcią, stanowi po prostu brak realizmu. Czy wręcz zakrawa na absurd – choć akurat kwintesencją absurdu jest inne założenie decydentów z Ministerstwa. Chodzi o zarysowaną wizję „totalnej obrony narodowej”, w ramach której w walkę zaangażowałyby się też tysiące uzbrojonych obywateli.
Rzecz w tym, że od lat rząd Kanady podejmuje wzmożone wysiłki, aby swoich mieszkańców jak najbardziej rozbroić. Promulgowane w ciągu ostatniej dekady przepisy zakazywały m.in. posiadania karabinów samopowtarzalnych czy pistoletów, nakazując rozciągniętą w czasie konfiskatę tych już w obiegu. Okazały się one skrajnie nieskuteczne – wg szacunków podporządkowało się im mniej niż 5-10% posiadaczy tej broni, zdołały one jednak drastycznie zrazić do władz kluczową grupę potencjalnych rekrutów.
Wojna wojną, ale grunt to wygrać następne wybory…
Powracające pytanie brzmi zatem „kto?” Jeśli Kanada miałaby być dla Stanów Zjednoczonych kolejnym miejscem uciążliwych walk nieregularnych, jak wcześniej w Afganistanie, Iraku czy Wietnamie, jak to planują sobie biurokraci rządu w Ottawie, to kto w istocie miałby z nimi faktycznie walczyć? Tysiące obywateli, którzy ów rząd postrzegają równie wrogo, co Amerykanów, czy nieliczna, zaniedbana armia i jej jeszcze bardziej nieliczne lądowe oddziały liniowe, które też nie muszą okazać się specjalnie lojalne?
Oczywiście, jeśli kanadyjscy politycy nie mogą oprzeć się na własnych obywatelach, to zawsze mogą spróbować na wsparciu zewnętrznym. Plany przewidują zatem, że Kanada zabiegałaby o militarny sojusz z Francja i Wielką Brytanią (z którą formalnie wciąż jest w unii personalnej) i osłonę posiadaną przez te kraje broni nuklearnej. Pomijając jednak zupełną nieproporcjonalność arsenału jądrowego tych krajów i USA – czy tam ktoś poważnie liczy, że w obronie Kanady Europejczycy pójdą na wojnę jądrową? Naprawdę…?
Plany Ottawy przypominają niestety myślenie życzeniowe. Rojenia o „powszechnej obronie” mogą brzmieć chwytliwie i poprawić słupki poparcia dla premiera i rządu, którzy „nie ugięli się”. Jednak w rzeczywistym świecie historia uczy, że wojnę asymetryczną można toczyć, jeśli ma się ku temu realną wolę polityczną, zdolności materialne oraz przede wszystkim populację skłonną podjąć walkę. Na razie Ottawa zdaje się wierzyć, że wystarczy dobra narracja i kilka ładnie opakowanych scenariuszy.
Tym bardziej, że nic nie słychać o drastycznym wzroście wydatków na obronność, gromadzeniu rezerw, formowaniu i szkoleniu nowych oddziałów etc. Słowem, prócz egzaltowanych deklaracji w Ottawie wszystko jest po staremu. Czy zatem Kanada rzeczywiście szykuje się do obrony przed Stanami Zjednoczonymi? Jeśli już, to raczej do obrony rządu, nie kraju. I nie przed Amerykanami, a przed niewygodnymi pytaniami o rzeczywisty stan swojej armii. A to – jak pokazuje doświadczenie – znacznie łatwiejsze zadanie.