Od ośmiu dni na skraju Dżakarty płonie góra śmieci – jak się okazało, bardzo toksyczna góra. Składowisko Jatiwaringin w okręgu Mauk, położone na terenie regencji Tangerang w prowincji Banten, zamieniło się w piec do odpadów o powierzchni ponad 15 hektarów, z którego trujący dym nie ustaje zasnuwać powietrza indonezyjskiej stolicy, i na co dzień pełnego smogu – mimo zmasowanej akcji ratunkowej obejmującej helikoptery, wozy strażackie, buldożery i drony. Władze regencji Tangerang ogłosiły dwutygodniowy stan alarmowy, obowiązujący do 14 lipca – przyznając tym samym, że pożar przerasta ich możliwości reagowania. Przynajmniej na razie.
Sam pożar wybuchł 30 czerwca. Płomienie pojawiły się w kilku punktach jednocześnie – w tym w miejscach trudno dostępnych dla służb (o które pod tysiącami ton gromadzonych latami śmieci nietrudno). Nie jest to przy tym klasyczny pożar powierzchniowy, lecz znacznie trudniejszy do opanowania, który pojawił się w dolnych warstwach hałd. Płomienie tlą się wewnątrz składowanych mas odpadów, co wymusza specyficzną taktykę gaszenia – samo polewanie wodą czy środkami gaśniczymi z zewnątrz nie ma przy tym wielkiego sensu. Wszystko to powoduje, że ogromne ilości toksycznego dymu napływają do Dżakarty, zatruwając powietrze i atmosferę w mieście.
Pożar jako symptom systemowej choroby
Wiele osób uciekło ze swoich domów i trafiło do prowizorycznych schronisk, uciekając przed zadymieniem, który uniemożliwia oddychanie. Lokalne władze zdążyły już prześwietlić setki najbardziej narażonych mieszkańców pod kątem chorób dróg oddechowych, odnotowując co najmniej 154 przypadki zachorowań, z czego u 72 odnotowano ostry charakter. Pomiary opublikowane przez Ministerstwa Środowiska wskazują na stężenia pyłów zagrażające życiu – naturalnie jakość „powierza” wokół samego wysypiska (jeśli można tak określić trujące i cuchnące zawiesiny, które się tam unoszą) przekraczają wszelkie dopuszczalne normy, jakkolwiek władze twierdzą, że w ciągu ostatnich kilku dni sytuacja przestała się pogarszać – a to już coś.
Powodów do optymizmu, nawet tego urzędowego, jednak nie mają – strażacy szacują, że pełne ugaszenie pożaru możliwe będzie najwcześniej pod koniec tygodnia. Przyczyny, które wywołały pożar, nie zostały oficjalnie potwierdzone, jednak nie budzą wielkich wątpliwości. W wewnętrznych warstwach gnijących odpadów dochodziło bowiem do akumulacji metanu, który wystawiony na działanie podwyższonych temperatur, lub też po zetknięciu z przypadkową iskrą, zajął się płomieniem – tworząc gigantyczną gazowo-śmieciową pochodnię. Dominujący w Indonezji system „zarządzania odpadami” dostarcza przy tym aż nadto paliwa do regularnego powstawania takich pochodni.
Problem gromadzony latami
Mimo że system niekontrolowanego składowania śmieci na otwartym terenie oficjalnie miał zostać zaniechany już w 2013 roku, to prawna teoria w dużej mierze nie koresponduje z codzienną praktyką. Dostępne badania wskazują, że w ostatnich latach w Indonezji pożary wywołane metanem odnotowano w 63 lokalizacjach, przy czym w 26 przypadkach gaz ten zidentyfikowano jako bezpośrednią przyczynę zapłonu. Samo składowisko Jatiwaringin, które obecnie się pali, miało wedle założeń przyjmować 2,7 tys. ton śmieci dziennie. Tymczasem stanowi to zaledwie ok. 59 procent codziennej produkcji odpadów. Reszta ląduje na dzikich wysypiskach otaczających to oficjalnie, tworząc wzgórza śmieci na odległość stu metrów od domów mieszkańców.
Ci od lat zgłaszali zresztą problemy z fetorem, plagą much oraz obawami przed osuwiskami – być może obecny pożar stanowi dla nich najbardziej realistyczną szansę, że ktoś faktycznie będzie zmuszony ten problem rozwiązać. To zresztą nie pierwszy tego typu incydent w ostatnich latach. W 2023 roku podobne pożary strawiły dziesiątki hektarów na wysypisku Sarimukti w regencji Bandung oraz zniszczyły 80 procent powierzchni innej składowiska w Tangerang. Ministerstwo Środowiska i Leśnictwa, które w 2025 roku nałożyło na Jatiwaringin sankcje administracyjne za złe zarządzanie, teraz zapowiada na sierpień audyt 390 indonezyjskich wysypisk.