Czyżby ajatollah Ali Chamenei oraz establishment wojskowo-wywiadowczy Pasdaranu – tj. faktyczna irańska elita władzy – zdecydowali się, mimo prowadzonej przez siebie z ogromną bezwzględnością masakry uczestników protestów przeciw swoim rządom, jednak porzucić Iran? Takie spekulacje pojawiły się, gdy dostrzeżono ruchy pewnego nieprzypadkowego samolotu.
Jak wynika z pojawiających się doniesień, irański samolot rządowy wystartował z lotniska w Teheranie, obierając kurs w stronę Moskwy. Biorąc pod uwagę, że w związku z masową rzezią, która ma obecnie miejsce na ulicach irańskich miast, operacje teherańskiego lotniska zostały w dużej mierze wstrzymane, dało to asumpt do niemal natychmiastowych podejrzeń, co może się za tym kryć – a mianowicie, że elita Islamskiej Republiki, na czele z rahbarem Iranu (tj. najwyższym przywódcą duchowo-politycznym), ajatollahem Alim Chameneim, mogła zdecydować się na ucieczkę z kraju.
Gdyby faktycznie Chamenei zdecydował się opuścić Iran, znacznie większy niż dotąd sens miałyby informacje pojawiające się już wcześniej, a dotyczące podejrzeń, że do Rosji „ewakuowano” (tj. wywieziono na wieczne nieoddanie) irąńskie złoto.
Wyjaśnienie to, choć kuszące i bardzo medialne, bynajmniej nie jest jednak jedynym, które może mieć sens. Niektóre źródła sugerują, że nie był to sam Chamenei, a jeden z jego bliższych doradców, Ali Laridżani, zaś celem podróży do Moskwy nie była ucieczka, lecz próba pozyskania jakiejś (tylko jakiej…?) formy wsparcia.
Ogółem zresztą ruchy irańskich władz sprawiają wrażenie gorączkowego zabiegania o jakiekolwiek zewnętrzne wsparcie. Iran nie ma prawdziwych sprzymierzeńców ani, bądźmy uczciwi, przyjaciół, pozostaje natomiast w nieformalnym sojuszu politycznym, przemysłowym i zbrojeniowym (choć już nie wojskowym, a przynajmniej nie do końca) z Rosją. To samo – tyle że z jeszcze większym naciskiem na nieformalność i dystans – ma też miejsce w relacjach z Chinami.
Niewątpliwą formą takiego wsparcia – choć chyba bardziej politycznego niż militarnego – mają być współne, irańsko-rosyjsko-chińskie ćwiczenia floty na wodach Zatoki Omańskiej. Skądinąd, mają się one jakoby odbyć na trasie amerykańskiej eskadry, którą ta miałaby płynąć, by zbliżyć się do wybrzeży Iranu.
Iran na celowniku, dosłownie i metaforycznie
Tymczasem Amerykanie w dalszym ciągu swoje siły morskie…
…oraz powietrzne…
…w regionie Bliskiego Wschodu, w szczególności uwzględniając te znajdujące się na pozycjach umożliwiających wzięcie udziału w potencjalnych uderzeniach kinetycznych na cele w Iranie. Oczywiście rozróżnienie między rodzajami sił zbrojnych jest tu nieostre, zważywszy że główną siłą amerykańskiej floty tez jest lotnictwo, tyle że to bazujące na lotniskowcach, nie w bazach lądowych.
Wszystko to może – choć bynajmniej nie musi – oznaczać, że faktycznie zbliża się atak na Iran. Jeśli ten faktycznie ma się odbyć, to jest jednak bardziej niż prawdopodobne, że nastąpi on wtedy, gdy siły amerykańskie (a wedle niektórych doniesień – także izraelskie, przy wsparciu wywiadowczym i/lub logistycznym niektórych krajów Zatoki Perskiej oraz Francji i Wielkiej Brytanii) zakończą wszelkie niezbędne przygotowania.
A te w przypadku współczesnych, wielodomenowych działań militarnych są po prostu ogromnie wymagające i przez to potrafią trwać całymi miesiącami. Z drugiej strony – nie ustająca na moment masakra, której świadkiem jest Iran, skutkuje ogromnie silnym naciskiem politycznym na jak największe przyspieszenie działań kinetycznych, jeśli te mają oczywiście w ogóle nastąpić.