W ostatnich dniach stycznia miał miejsce gwałtowny upadek chińskiej platformy tradingowej JWR, jedna z największych nieuregulowanych giełd kontraktów na złoto i srebro. Inwestorzy detaliczni stracili ponad 10 mld juanów (ok. 1,4 mld dol.), gdy masowe żądania wypłat zastały platformę bez wystarczających rezerw fizycznego metalu. Kryzys wybuchł w warunkach rekordowego wzrostu cen złota w latach 2025–2026, gdy popyt na realizację zysków przerodził się w klasyczny run na depozyty – tyle że w cyfrowym wydaniu.
Mechanizm JWR opierał się na klasycznym modelu „rezerwy częściowej”. Klienci wpłacali środki na cyfrowe pozycje w złocie, otrzymując obietnicę wypłaty fizycznego metalu lub ekwiwalentu pieniężnego. Platforma jednak nie utrzymywała pełnego pokrycia tych zobowiązań fizycznym złotem – „wystarczały” jej ułamkowe rezerwy, resztę generowała jako sztuczne roszczenia. Gdy ceny wzrosły, a inwestorzy ruszyli po swoje złoto, system okazał się niewypłacalny. Nie był to przypadek awarii technicznej ani oszustwa w wąskim sensie – chyba żeby (nie bez racji) określić w ten sposób samą ideę „rezerwy częściowej”.
Podobny mechanizm leży u podstaw całego współczesnego systemu finansowego. Banki komercyjne, fundusze inwestycyjne i emitenci „cyfrowego złota” działają na tej samej lub bardzo podobnej zasadzie: tworzą nowe roszczenia opiewającej złoto (lub walutę fiducjarną) bez odpowiadającego im wzrostu podaży fizycznej. Gdy zaufanie słabnie, a popyt na realne aktywa rośnie, piramida się wali. W przypadku JWR run przyspieszyły media społecznościowe i synchronizacja wypłat, ale przyczyną pierwotną nie była „brak regulacji”, lecz właśnie brak pełnego pokrycia rezerw.
W rezultacie, w przeciągu weekendu w Shenzen, mieście stanowiącym w Chinach znaczący ośrodek handlu kruszcami, wokół znajdującej się tam siedziby JWR Group zebrały się setki wściekłych inwestorów, domagających się swojego złota i – jak można wywnioskować z zagadkowo lakonicznych komunikatów prasowych – próbujących wedrzeć się do siedziby firmy. To naturalnie sprowokowało interwencję policji w celu „utrzymania porządku”, co w tym przypadku oznaczało najpewniej rozpędzenie ich siłą oraz ewentualne aresztowanie tych, którzy zbyt głośno krytykowaliby sytuację.
Złoto i pieniądze zniknęły, władza na „ratunek”
Władze chińskie, zamiast przyznać, że problem tkwi w samym modelu rezerwy częściowej, zapowiedziały – jak zwykle zresztą – zaostrzenie już i tak wyjątkowo agresywnego modelu nadzoru i kontroli, wprowadzenie nowych obowiązków licencyjnych czy utworzenie grupy zadaniowej, mającej uskutecznić w tej sprawie śledztwo. To jednak recepta, która nigdy przecież nie działa: zwiększona kontrola policyjno-administracyjna nie sprawi, że złoto lub choćby jego równowartość wróci do skarbców. Wręcz przeciwnie – jeszcze większa władza nieuchronnie prowadzi do jeszcze większych nadużyć, także tych finansowych.
Trudno zarazem nie zauważyć, że chińskie władze zapowiedziały śledztwo w sprawie nieprawidłowości, których – tyle, że na nieporównanie większą skalę – dopuszczają się same. Nie jest jednocześnie niestety zaskakującym, że przypadek ten organy chińskiego totalitarno-autorytarnego państwa komunistyczneo traktują jako pretekst do dalszego zwiększenia skali swojego nadzoru nad społeczeństwem. Naturalnie kolejne skandale w podobnych sytuacjach będą nieuniknione, ale z punktu widzenia władz to przecież nie ich problem, a poszkodowanych.
Którzy, tak jak w tym przypadku, najpewniej bezpowrotnie utracili swoje złoto.