Policja chwali się rozbiciem rzekomo 'groźnego’ gangu. Jego zbrodnia? Sprzedawał złoto omijając państwową inwigilację

Wietnamska policja z dumą ogłosiła rozbicie rzekomo „niebezpiecznego” gangu, którego „przestępcza” działalność polegała na handlu złotem. Grupa przedsiębiorczych Wietnamczyków, która w tamtejszych realiach polityczno-policyjnych zaklasyfikowana została jako groźny gang, miała sprowadzić z Hongkongu do Wietnamu złoto w ilości ok. 300 kg, o wartości 1,2 biliona đồngów (ok. 48 mln dolarów), które następnie sprzedawano na miejscu.

Siatka działała w sposób typowy dla nieoficjalnego handlu: złoto, ukrywane w sprzęcie elektronicznym, butach, paskach, a nawet bieliźnie, trafiało do Wietnamu, a następnie topione i odlewane w sztabki dla klientów w Bac Ninh i Hanoi. Przychody lokowano w USDT. Jeden z lokalnych współpracowników, Do Minh Duc, otrzymywał miesięcznie 150-200 milionów đồngów za transport i odbiór towaru. Władze określiły operację jako największą tego typu w stolicy.

Złoto to trafiło naturalnie na czarny rynek, omijając agresywną państwową kontrolę nad importem i dystrybucją kruszcu. Tyle że w realiach wietnamskiej gospodarki to nie tyle złowroga działalność kryminalna, a raczej logiczna konsekwencja absurdalnej polityki państwa, które przez lata usiłowało narzucić mieszkańcom tego kraju totalną kontrolę nad posiadaniem i nabywaniem złota – postrzeganego tam za uświęconą tradycją formę gromadzenia oszczędności.

Dalej zresztą handel złotem poza państwowym nadzorem kwalifikuje się tam jako przestępstwo. Naturalna reakcja na rynkowe zapotrzebowanie – podaż kruszcu tam, gdzie istnieje na niego popyt – staje się „groźną działalnością kryminalną”, gdy tylko wymyka się totalitarnej kontroli. Wietnamskie państwo nie toleruje bowiem sytuacji, w której obywatele dokonują transakcji bez jego udziału i wiedzy. Co naturalnie nie oznacza, że takie transakcje nie mają miejsca – bo mają, i to na masową skalę.

Złoto vs. komunizm

Skądinąd, fakt, że złoto przemycane z Hongkongu czy Kambodży cieszy się takim powodzeniem, to „zasługa” własnej polityki komunistycznych władz w Hanoi. Ukształtowały je bowiem zapędy monopolistyczne, które wietnamscy komuniści realizowali na rynku kruszcu. Raptem w II poł. 2025 roku władze nareszcie zniosły obowiązujący od 13 lat – wprowadzono go w 2012 r., dekretem 24/2012/ND-CP – całkowity, totalny monopol państwa i jego organów zależnych na import i dystrybucję złota

Dekret ten przyznawał wyłączne prawo importu Państwowemu Bankowi Wietnamu (SBV), a detaliczną sprzedaż i produkcję sztabek – państwowej firmie Saigon Jewelry Company (SJC). Przedsiębiorcy potrzebujący kruszcu do celów technologicznych musieli za każdym razem zabiegać o uznaniową zgodę banku centralnego na zakup większej jego ilości. Jaki miało to wpływ na działalność produkcyjną, najpewniej nie trzeba dodawać.

Efekt okazał się przewidywalny. Ceny złota w Wietnamie systematycznie przekraczały poziomy światowe, a dostępność kruszcu spadała. SJC, jako jedyny legalny dystrybutor, generowała braki na rynku i windowała koszty. W konsekwencji rozkwitł czarny rynek. Złoto przemycano przez porośnięte dżunglą granice, wydobywano nielegalnie wewnątrz kraju, a następnie sprzedawano poza oficjalnymi kanałami. Ludność masowo lokowała oszczędności w kruszcu, chroniąc je przed inflacją i dewaluacją donga.

Zjawiska tego nie udało się wytępić nawet mimo represyjności rządów w komunistycznym Wietnamie. Przemyt na taką skalę nie byłby zresztą możliwy bez powszechnego poparcia społecznego i korupcji wśród urzędników, którzy często nie tylko przymykali oczy na nielegalne transakcje, ale i sami w nich uczestniczyli (b. prezes SJC, Le Thuy Hang, oraz inni menedżerowie usłyszeli zarzuty defraudacji na miliony dolarów, fałszowania dokumentów, zawyżania strat i sprzedaży kruszcu na czarnym rynku).