„Największy skarbiec wikingów”? Tysiące srebrnych monet, rodem z mroków historii, odkryte

W ciągu kolejnych tygodni ubiegłego miesiąca odkryto – a w zasadzie stopniowo odkrywano – znalezisko, które zdążono już nazwać największym skarbem wikingów, jaki odnaleziono. To srebro, którego skład, złożony z tysięcy monet, ma wartość trudną do przeszacowania. Pochodzą one z połowy XI w, z czasów panowanie króla Haralda Hardråde, zwanego (jakże na miejscu) „ostatnim Wikingiem” i „gromem Północy” (i jakże nieściśle przedstawionego w serialu „Wikingowie”).

Na polu w pobliżu Rena w gminie Åmot, w regionie Innlandet, dwóch detektorystów, Vegard Sørlie i Rune Sætre, natrafiło początkowo na 19 srebrnych monet. Po zgłoszeniu znaleziska i przybyciu archeologów z Innlandet fylkeskommune liczba artefaktów wzrosła lawinowo – do kilkuset, a następnie do ponad tysiąca. Według stanu na 29 kwietnia 2026 roku zabezpieczono 2970 srebrnych monet oraz cięte srebro, a w zasadzie jego fragmenty (tzw. hakksølv), pochodzące m.in. z przetopionych ozdób. Prace terenowe nadal trwają, a prognozy wskazują na możliwość dalszego wzrostu liczebności skarbu.

Znalezisko, nazwane „Skarbem z Mørstad” od nazwy gospodarstwa, na którego terenie je odkryto, zostało zdeponowane około 1047 roku, zawierając precjoza pochodzące z lat około 980. do 1040. Srebro zeń pochodzące składa się przede wszystkim z monet angielskich i niemieckich, z domieszką duńskich oraz norweskich. Wśród nich znajdują się emisje bite za panowania Kanuta Wielkiego (króla Danii, Norwegii i większej części Anglii), Æthelreda II (władcy anglosaskiego), Ottona III (króla Niemiec i cesarza rzymskiego) oraz Haralda Hardråde (wspomnianego króla Norwegii i pretendenta do tronu angielskiego).

Monety są w zaskakująco dobrym stanie zachowania, co przypisuje się lokalnym warunkom glebowym – brakowi większej ilości kamieni w ziemi. Srebro, jak wiadomo, jest w dużej mierze odporne na korozję, nawet ono reaguje jednak ze związkami siarki. Z punktu widzenia chronologii i składu, skarb dokumentuje moment przejściowy w norweskim obiegu pieniężnym. Do czasów panowania wspomnianego Haralda Hardråde (1046–1066) dominowała waluta obca; dopiero za jego rządów wprowadzono rodzimy system menniczy, który stopniowo wyparł importowane nominały.

Gdyby tylko monety mogły mówić

Depozyt z Mørstad powstał na samym początku tej transformacji. Nie jest to typowy prywatny skarb pojedynczego bogacza – jego skala i kontekst (tj. nie tylko duża ilość monet, ale też wiele ich typów, pochodzących z różnych stron świata) wskazują raczej na akumulację kapitału związaną z działalnością ponadindywidualną: związaną z poborem podatków (rzadkich we wczesnośredniowiecznej Skandynawii), złożeniem łupu z zamorskiej wyprawy wojennej czy aktywnością miejscowych jarlów. Choć możliwe jest także inne sensowne – choć zdecydowanie mniej „wikińskie” niż łup wojenny – wyjaśnienie.

Otóż okolica miejscowości Rena nie jest przypadkowym miejscem ukrycia. Od X do końca XIII wieku funkcjonowała tu na skalę przemysłową produkcja żelaza. Rudy pozyskiwano z bagien, a gotowy produkt eksportowano do Europy. Archeolodzy z Kulturhistorisk Museum w Oslo, jak Jostein Bergstøl, wiążą bezpośrednio depozyt srebra z zyskami generowanymi przez ten eksport. Srebro napływało zatem jako zapłata za norweskie żelazo, tworząc skoncentrowany rezerwuar wartości w rękach lokalnych producentów lub podmiotów kontrolujących handel.

Monety te, jak stwierdzono, służyły nie tylko służyły jako środek płatniczy – część z nich nosi ślady użytkowania w roli zawieszek i innych formach wtórnego użytkowaniu jako ozdób. W epoce wikingów liczyła się przede wszystkim waga kruszcu; srebro cięte na kawałki pełniło funkcję drobnej waluty obok całych nominałów. Skarb dostarcza więc konkretnych danych o strukturze obrotu srebrnego, kierunkach napływu kruszcu i dynamice zastępowania walut obcych lokalną produkcją menniczą.

Srebro dla muzeów, figa dla znalazców

W porównaniu z wcześniejszymi norweskimi znaleziskami z epoki wikingów Mørstad bije na głowę konkurencję. Poprzedni największy skarb z Årstad (1836–1843) liczył około 1849 monet, a ten z bramy Dronningens w Trondheim (1950) – około 964. Ogółem duże skarby z epoki wikingów należą w Norwegii do rzadkości; ostatni porównywalny przypadek odnotowano w 1950 roku. Z drugiej strony, i dla porównania, w sąsiedniej Szwecji, całkiem niedawno natrafiono na skarb zawierający aż 20 tysięcy (!) bezcennych monet – jakkolwiek pochodzących z nieco późniejszego okresu Średniowiecza.

Obecnie teren jest strzeżony, a znalezisko automatycznie podlega ochronie na podstawie norweskiej ustawy o zabytkach. Monety są rejestrowane, pakowane i przekazywane do Myntkabinettet w Kulturhistorisk museum w Oslo, gdzie zostaną poddane wieloletnim studiom numizmatycznym i kontekstowym. Dla archeologów, jak wspomnianych Josteina Bergstøla czy May-Tove Smiseth, jest to zdarzenie o przełomowym znaczeniu w karierze. Dla znalazców, Vegarda Sørlie’a i Rune’a Sætre’a, może mieć charakter mieszany, a prócz satysfakcji ze znaleziska zawierać element goryczy.

Nic nie wspomniano bowiem, aby spotkała ich jakakolwiek nagroda finansowa (którą formalnie powinni otrzymać). Niestety, arogancja organów państwowych – które w takich i podobnych przypadkach prawnie rezerwują dla siebie całość znalezisk, indywidualnych znalazców często zostawiając z niczym – ma charakter absolutnie destrukcyjny, i prowadzi (gdy tylko znalazca ma mniej skrupułów) do ukrywania znalezisk, ich sprzedaży na czarnym rynku, a nawet, niestety, przetapiania. Niepojęte, że organy odpowiedzialne za ochronę zabytków kultury materialnej zdają się z tej prawidłowości nie zdawać sobie sprawy.