Banki: inwestujesz w złoto? Daj w depozyt więcej, niż masz. Absurdalne wymogi

Z początkiem czerwca największe chińskie banki państwowe – które dominują na tamtejszym rynku bankowym – wprowadziły drastyczne restrykcje wymierzone w indywidualnych klientów, którzy chcieliby dokonywać transakcji giełdowych obejmujących złoto lub srebro. Państwowe molochy bankowe narzucają teraz owym klientom wymogi wręcz absurdalne: domagają się bowiem, aby przed realizacją transakcji czy inwestycji zleconej na Szanghajskiej Giełdzie Złota (SGE), indywidualni klienci wpłacali depozyty zabezpieczające rzędu 120 procent (!) wartości inwestycji.

W praktyce czyni to takie inwestycje całkowicie nieosiągalnymi dla większości klientów – zaś w przypadku tych nielicznych indywidualnych inwestorów, którzy mogliby sobie na to pozwolić, czyni to podobne transakcje bezprzedmiotowymi. Jest to zmiana z gorszego na jeszcze gorsze – już bowiem wcześniej, w lutym tego roku, wymogi depozytowe godzące w złoto i srebro podniesiono z 80 do 100 procent. Dodatkowo dochodzi do tego także groźba „wymuszonej likwidacji” inwestycji, w praktyce sprowadzająca się do samowolnej konfiskaty takiej inwestycji przez bank, za uznaniowym odszkodowaniem.

Absurdalność tej sytuacji tkwi nie tylko w samym poziomie wymogów, ale również w sposobie ich wprowadzenia. W Chinach nie ogłoszono w tej konkretnie sprawie żadnych zmian prawnych, żadna ustawa nie weszła w życie. Państwowe banki, o których mowa – Industrial and Commercial Bank of China (ICBC), Postal Savings Bank of China (PSBC), China Construction Bank (CCB), Agricultural Bank of China (ABC) czy Bank of Communications (BC) – działały pozornie niezależnie – choć powszechnie wiadomo, że ich niezależność od władz jest zerowa i służą one jako pas transmisyjny życzeń rządu.

Wszystkie te podmioty, formalnie konkurencyjne, jednocześnie i w podobnym tempie zaostrzały wymogi depozytowe, co w praktyce wyklucza przypadkowość i z góry wskazuje na rozkaz z Pekinu. To wszystko dołącza do długiej listy administracyjnych utrudnień, kroków zaostrzających obciążenia fiskalne i innych wstrętów czynionych Chińczykom pragnącym inwestować w złoto – a zwłaszcza posiadać je w formie fizycznej, mniej podatnej na ewentualny rabunek przez państwo.

Złoto jest dla zarządu Partii

Konsekwencje dla rynku kruszców są przewidywalne i brutalne. Osoby prywatne, które nie dysponują głębokimi kieszeniami państwowych gigantów, zostają wyparte z rynku lub zmuszone do drastycznego zmniejszenia ekspozycji na złoto i srebro. Płynność spada, zmienność rośnie – choć to właśnie obłudna troska o rzekomą ochronę klientów przed „zmiennością” cen złota stanowi oficjalny pretekst wprowadzania tych zmian – a cena złota staje się bardziej podatna na manipulacje ze strony podmiotów, które wciąż mają dostęp do taniego finansowania. W tym zwłaszcza samych państwowych banków.

To schemat znany także z rynków zachodnich. Podziwiać można go było, przykładowo, w USA na początku tego roku, gdy chicagowska giełda Comex wespół z bankiem JPMorgan oskarżono o „skręcenie” rynku srebra. Nagłe podniesienie wymogów depozytowych obejmujących srebro, w połączeniu z masowymi manipulacjami kontraktami futures miały wówczas doprowadzić do raptownego załamania się wzrostów cen srebra, które wcześniej dynamicznie rosły. Skądinąd JPMorgan był już wielokrotnie (ostatnio w 2023 czy 2020 r.) skazywany za podobne manipulacje, oszustwa i inne nieuczciwe praktyki rynkowe.

Chiński model różni się tutaj głównie skalą – podczas gdy na Zachodzie stosuje się tyleż subtelne, co śliskie narzędzia wpływu na rynki, w Chinach władze mogą po prostu rozkazać bankom podniesienie depozytów do poziomów paraliżujących rynek. Efekt jest identyczny: wyprzedanie drobnych inwestorów, konsolidacja rynku w rękach państwowych graczy i kontrola cen nieprzystająca do wolnego rynku. Którym to jednak komunistyczne Chiny nigdy faktycznie nie były – obecnie zaś, pod rządami Xi Jinpinga, likwidują i ten wąski margines swobód, jaki niegdyś zapoczątkowały reformy Deng Xiaopinga.

A wy, biedaki, oszczędzajcie sobie w juanach

Całość nabiera szczególnie gorzkiego posmaku w świetle polityki dotyczącej rezerw konsekwentnie prowadzonej przez Ludowy Bank Chin. Chiński bank centralny z mrówczym zapałem, systematycznie gromadzi złoto, jedenasty miesiąc z rzędu kupując kruszce i w pierwszym kwartale bieżącego roku dobijając do poziomu 2313,46 tony tego metalu w swych rezerwach. Równocześnie Pekin wyraźnie przebąkuje do wykształcenia alternatywnego, opartego o złoto systemu rozliczeń handlowych, co miałoby osłabić dominację dolara w handlu międzynarodowym.

Komunistyczne władze Chin doskonale rozumieją zatem wartość kruszcu jako środka przechowywania wartości, szczególnie w kontekście narastających napięć geopolitycznych i ryzyka sankcji finansowych. Jednak ta sama logika, która uzasadnia gromadzenie złota przez państwo, zdaje się nie obowiązywać w przypadku obywateli. Chiński rząd chce złota dla siebie, i tylko dla siebie, jednocześnie usiłując pozbawić go swych poddanych. Zamiast tego natrętnie stręczy im juana, i tylko juana – walutę, której wartość ten sam bank centralny aktywnie deprecjonuje poprzez ciągłe dodruki i „interwencje” na rynku walutowym.

W ten sposób komunistyczne władze próbują nie tylko zagarnąć korzyści wynikające z ochrony swych zasobów przed inflacją (winne której jest zresztą ono samo) – jednocześnie z premedytacją utrudniając tę możliwość zwykłym Chińczykom – ale też ułatwiają sobie potencjalny rabunek oszczędności obywateli poprzez podatek inflacyjny czy totalitarną inwigilację przepływów finansowych. Czego wszystkiego sami Chińczycy, en masse skazywani na system monetarny podatny na dowolne manipulacje władz, nie są w stanie łatwo uniknąć. A przynajmniej – nie bez fizycznego kruszcu w rękach.

Stamtąd bowiem nawet totalitarnym, komunistycznym władzom może być – ku ich irytacji i urażonemu ego – może być trudno je wyłuskać. Nie żeby komunistyczne Chiny w toku swej historii nie próbowały, jednak i tak im się nie udało.