Bank Tajlandii rozpoczął publiczne konsultacje w sprawie swoich najnowszych „propozycji”. Bank chce bowiem wprowadzenia restrykcji dotyczących zakupów złota. Konkretnie chodzi o zakupy fizycznego kruszcu dokonywane w (również fizycznych) sklepach stacjonarnych, i opłacane gotówką – akurat tę kombinację, która zapewnia największą możliwą prywatność przed lepkim wzrokiem państwa, szczególnie w sytuacji, gdyby to ostatnie podejmowało fiskalne zakusy wobec kruszcu w rękach obywateli lub też usiłowało im go wręcz skonfiskować. Bank chce zatem ją utrudnić, wprowadzając limity takich transakcji. I pyta społeczeństwo, co ono na to.
Oczywiście niepotrzebnie, bo decyzję już podjęto, zaś zebrane opinie zostaną jak zwykle zignorowane. Formalne konsultacje społeczne odbywają się, bo muszą, jako element proceduralnego teatru – mało kto jednak łudzi się, że ewentualna krytyka ze strony publiki mogłaby cokolwiek zmienić. Limity, które Bank Tajlandii chce narzucić, to 1–10 milionów bahtów na osobę, w danym sklepie, w przypadku transakcji z udziałem osób prywatnych, oraz 10–80 milionów bahtów dla transakcji między dealerami lub innymi podmiotami rynku. Powyżej tych limitów zakupy złota nadal będą możliwe, jednak (przynajmniej w teorii) będą musiały odbywać się za pośrednictwem kontrolowanych i nadzorowanych płatności bezgotówkowych.
Termin zgłaszania uwag wyznaczono na 20 sierpnia, co daje branży ledwie kilka tygodni na zareagowanie na propozycje, których szczegóły techniczne pozostają nieprecyzyjne. Oficjalne uzasadnienie „proponowanych” zmian przez Bank, jeśli w ogóle ktokolwiek zwracałby na nie uwagę, jest sztampowe i niemal oklepane: chodzi o „poprawę transparentności” (czytaj: kontroli władz nad prywatnymi transakcjami), co rzekomo pomoże walczyć z szarą strefą.
Parytet złota wrócił tylnymi drzwiami?
Do tego momentu sytuacja ta wygląda niestety bardzo znajomo – oto emitent niczym niepopartej waluty fiat, której siła nabywcza eroduje się w tempie realizacji „celów inflacyjnych”, nagle odkrył głębokie zaniepokojenie przejrzystością transakcji w realnym kruszcu. Cóż za zbieg okolicnzości, i jakaż zgroza. Odkładając sarkazm na bok, należy jednak stwierdzić, że w przypadku Banku Tajlandii może chodzić (akurat w tym jednym konkretnym przypadku) o coś nieco innego. Normalnie bowiem państwa i banki usiłują utrudniać mieszkańcom ucieczkę w złoto, gdy ich drukowana bez opamiętania waluta fiducjarna w szybkim tempie traci wartość i zaufanie rynku. Tymczasem w Tajlandii można właśnie obserwować fenomen zupełnie odwrotny.
Tajski baht nie stoi bowiem w obliczu dewaluacji. Wprost przeciwnie, jest bardzo silny i notuje swoje rekordowe poziomy. Clou jednak w tym, że wynika to nie z siły tajskiej gospodarki, a procesów, których Bank Tajlandii coraz bardziej nie jest w stanie kontrolować. Baht bowiem od miesięcy nie zachowuje się waluta kraju, którego gospodarka oparta byłaby na turystyce i eksporcie. Zamiast tego wydaje się on – pomimo braku jakiejkolwiek formalnej zależności – ściśle związany z ceną złota. W bieżącym roku obserwowano korelację między ceną kruszcu a kursem bahta rzędu 40 do 80 proc. – co dla Banku Tajlandii było kolejnym sygnałem ostrzegawczym, czy wręcz powodem do alarmu.
Za dużo kruszcu, za silna waluta
Przyczyny, dla których tak się dzieje, są złożone. Tajlandia funkcjonuje jako regionalne centrum handlu kruszcami, z rezerwami złota wynoszącymi 234,52 tony i rocznym wolumenem eksportu sięgającym 8,3 miliarda dolarów w 2024 roku, co czyni złoto siódmym najważniejszym towarem eksportowym kraju. Jednocześnie systematycznie narastały sygnały o masowych nieprawidłowościach. Dość powiedzieć, że kraj ten odnotowuje rekordowy eksport złota do pobliskiej Kambodży, która jednak wydaje się nie mieć zdolności nabywczych, by je kupić (przynajmniej oficjalnie) – i za granicą której ślad tego złota się urywa. Liczni obserwatorzy, a także tajscy politycy podejrzewają, że kraj znalazł się w epicentrum operacji prania brudnych pieniędzy/
Regionalne i międzynarodowe sieci przestępców finansowych, organizatorzy scamów, wyłudzacze i inne podobne podmioty – wszyscy oni mają wykorzystywać terytorium kraju do legalizacji swych zysków, właśnie dzięki wykorzystaniu złota. Królestwo Tajlandii graniczy wszak z Laosem i Birmą, zaś zbieg granic tych trzech krajów uchodzi za największe na świecie zagłębie tego typu aktywności na globie. Efektem dla kraju jest jednak fakt, że rekordowo droga waluta (rzędu 30-31 bahtów za dolara), zachowująca się, jakby była powiązana z ceną złota, kładzie się ciężkim brzemieniem na tajskim sektorze turystycznym i eksporcie produkowanych tam dóbr – dokładnie tych dwóch branż, od których zależy bilans „oficjalnej” gospodarki kraju.
I dlatego też Bank Tajlandii z tym zjawiskiem usiłuje walczyć. Warto przy tym odnotować, że proponowane restrykcje nie ograniczają samej wartości transakcji złotem, a jedynie wysokość płatności gotówkowych. Nie jednak dlatego, że Bank popiera zakupy złota, lecz wydaje się obawiać jeszcze większych wahań kursu bahta, gdyby całkowity zakaz lub drastyczne ograniczenia wywołały rynkową panikę i szturm na sklepy.