Czy XRP to największa pułapka w historii krypto? O tej niewygodnej prawdzie nikt nie chce słyszeć

XRP od lat dzieli rynek kryptowalut jak mało który projekt. Dla jednych to jeden z nielicznych tokenów z realnym zastosowaniem w finansach. Technologia do szybkich płatności transgranicznych i potencjalny most między bankami a światem blockchaina. Dla drugich to perfekcyjnie zaprojektowana maszyna do przerzucania ryzyka na inwestorów detalicznych.

I właśnie dlatego sprawa XRP jest tak ciekawa. Bo to nie jest kolejny memecoin z psem w logo, który obiecuje lot na Księżyc. To projekt, wokół którego przez lata zbudowano genialny marketing. Narracja o bankach, instytucjach, płatnościach międzynarodowych po prostu działa. Problem polega na tym, że sukces firmy Ripple nie musi automatycznie oznaczać sukcesu posiadaczy tokena XRP.

Wcielmy się w rolę przeciwnika Ripple i sprawdźmy, jakie problemy ma XRP!

100 miliardów tokenów na starcie

Zacznijmy od fundamentu, czyli podaży. XRP nie działa jak Bitcoin. Nie ma tu kopania, halvingów ani rozproszonej emisji, w której nowe monety trafiają do górników za zabezpieczanie sieci. Cała maksymalna podaż XRP, czyli 100 miliardów tokenów została utworzona na starcie. Według dokumentacji XRP Ledger założyciele przekazali 80 miliardów XRP firmie Ripple, a żeby zwiększyć przewidywalność podaży, Ripple zamknęło 55 miliardów XRP w escrow.

XRP od początku miało zupełnie inną konstrukcję niż Bitcoin. W przypadku Bitcoina nikt nie dostał na start większości podaży po to, żeby później przez lata zarządzać jej uwalnianiem. W przypadku XRP ogromna część tokenów była historycznie skoncentrowana wokół firmy i osób związanych z projektem.

Jeżeli ktoś kupuje XRP, bo wierzy, że inwestuje w zdecentralizowaną kryptowalutę podobną do Bitcoina, to powinien bardzo dokładnie zrozumieć, że mówimy o zupełnie innym modelu.

Escrow miało uspokoić rynek. Ale nie rozwiązało głównego problemu

W 2017 roku Ripple próbowało odpowiedzieć na zarzut, wedle którego firma kontroluje zbyt dużą część podaży i potencjalnie mogłaby zalać rynek tokenami. Dlatego 55 miliardów XRP zostało zamkniętych w 55 kontraktach escrow po 1 miliard XRP każdy. Zgodnie z komunikatem Ripple, jeden taki kontrakt miał wygasać co miesiąc, a niewykorzystane tokeny miały wracać do nowych kontraktów na koniec kolejki.

Na papierze wygląda to rozsądnie. Escrow ogranicza ryzyko jednorazowego, chaotycznego zrzutu podaży. Daje rynkowi przewidywalność. Pozwala inwestorom zobaczyć, ile tokenów może zostać uwolnionych w danym miesiącu.

Ale przewidywalność to nie to samo co decentralizacja. Ripple może decydować, ile tokenów wykorzystać operacyjnie, ile sprzedać, ile przeznaczyć na płynność, a ile zablokować ponownie.

Zwolennicy projektu często odpowiadają, że XRP jest aktywem deflacyjnym, bo każda transakcja niszczy niewielką ilość tokenów. Technicznie to prawda. Dokumentacja XRPL potwierdza, że koszt transakcji jest niewielką ilością XRP, która zostaje zniszczona, między innymi po to, by chronić sieć przed spamem.

Tyle że z perspektywy inwestora skala tego spalania nie zmienia głównego problemu. Mówienie o deflacyjności XRP bez jednoczesnego omówienia escrow i historycznej koncentracji podaży jest jak zachwalanie oszczędnego samochodu, ale pomijanie faktu, że ma dziurę w baku.

Koniecznie sprawdź: Giełda krypto z MiCA rozdaje użytkownikom 50 milionów euro. Pierwsza transza rozeszła się w dwa dni

Ripple może wygrywać. XRP nie musi

Największa pułapka XRP polega na utożsamianiu sukcesu Ripple z automatycznym wzrostem wartości tokena.

Ripple od lat buduje infrastrukturę dla płatności międzynarodowych. Firma już w 2019 roku informowała, że RippleNet przekroczył 300 klientów, obejmujących banki, instytucje finansowe i dostawców płatności. Ale inwestor powinien zadać pytanie, czy te instytucje muszą kupować i trzymać XRP?

Odpowiedź nie jest tak prosta, jak chciałaby XRP Army. RippleNet i XRP to nie jest dokładnie to samo. Ripple może rozwijać sieć płatniczą, podpisywać partnerstwa, sprzedawać rozwiązania technologiczne i budować relacje z instytucjami finansowymi, ale nie każda część tej infrastruktury musi generować trwały popyt na XRP.

W teorii XRP ma pełnić funkcję waluty pomostowej. W praktyce, jeśli token jest używany tylko chwilowo, kupowany, przesyłany i natychmiast sprzedawany w ramach rozliczenia. Jego użyteczność operacyjna nie musi oznaczać długoterminowej akumulacji przez banki czy fundusze.

To jest sedno sporu. XRP może być użyteczne technologicznie, ale jednocześnie nie musi być aktywem, które instytucje będą masowo trzymać w bilansach.

RLUSD pokazuje, czego naprawdę chcą instytucje

Sprawę komplikuje jeszcze stablecoin Ripple USD, czyli RLUSD. Ripple opisuje RLUSD jako stablecoina utrzymującego wartość jednego dolara, emitowanego natywnie na XRP Ledger oraz Ethereum, zabezpieczonego rezerwami w gotówce i ekwiwalentach gotówki oraz wymienialnego 1:1 na dolary.

Dla świata instytucjonalnego stablecoin ma jedną ogromną przewagę nad XRP, nie ma zmienności kursowej. Bank, fintech albo dział treasury nie musi tłumaczyć, dlaczego aktywo użyte do rozliczenia potrafi w krótkim czasie zmienić wartość o kilkanaście procent. Stablecoin jest nudny. A w finansach nuda bardzo często jest zaletą.

Jeżeli Ripple zarabia na infrastrukturze, a coraz większą rolę w tej infrastrukturze mogą pełnić stablecoiny, to inwestorzy XRP muszą zadać sobie niewygodne pytanie, czy token jest centrum tej układanki, czy tylko jednym z wielu narzędzi?

Przeczytaj też: Życie po życiu, czyli działalność w branży krypto po 1 lipca 2026 roku

#wideo