USA uruchomią narzędzie do obchodzenia cenzury w Europie. Na złość miotającym się europejskim politykom?

Departament Stanu USA przygotowuje uruchomienie portalu freedom.gov, który ma umożliwić użytkownikom w Europie i poza nią dostęp do treści blokowanych przez lokalne władze na mocy regulacji uznawanych w Waszyngtonie za cenzorskie. Według doniesień prasowych, opartych na źródłach zbliżonych do projektu, strona – obecnie jeszcze w powijakach – pozwoli na obejście zakazów dotyczących m.in. rzekomej „mowy nienawiści” czy materiałów klasyfikowanych jako propaganda terrorystyczna, wprowadzanych m.in. przez unijny Akt o Usługach Cyfrowych (DSA) oraz brytyjska Ustawa o Bezpieczeństwie w Sieci (Online Safety Act).

Kluczowym elementem planu jest wbudowana funkcja VPN, dzięki której ruch użytkownika miałby wyglądać, jakby pochodził ze Stanów Zjednoczonych, przy jednoczesnym braku śledzenia aktywności na portalu. Departament Stanu oficjalnie zaprzecza istnieniu programu specyficznie wymierzonego w Europę, podkreśla jednak, że promowanie technologii obejścia cenzury i ochrony prywatności (w tym VPN-ów) pozostaje priorytetem. Projekt, nadzorowany przez podsekretarz stanu ds. dyplomacji publicznej, Sarah Rogers, miał pierwotnie zadebiutować podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, jednak – z niejasnych przyczyn – termin przesunięto.

Inicjatywa wpisuje się w długą tradycję amerykańskiego wsparcia dla narzędzi antycenzorskich – od finansowania sieci Tor przez lata, poprzez programy Open Technology Fund (OTF), aż po subsydiowanie rozwiązań typu Psiphon czy Lantern w krajach takich jak Chiny, Iran czy Rosja. Tym razem jednak celem staje się przestrzeń regulacyjna sojuszników. Oczywiście zdaniem krytyków intencje władz amerykańskich nie są tu kryształowo czyste – jako że one same miały i mają być zaangażowane w szeroko zakrojone działania inwigilacyjne (jak choćby ujawniony lata temu przez Edwarda Snowdena program Prism). Inwigilacja inwigilacją – tym niemniej w USA przynajmniej udają, że szanują wolność online.

„Pure Bullshit”

Mocno kontrastuje z tym postawa, którą, niegdyś wyrażaną raczej po cichu, coraz bardziej otwarcie i bezwstydnie prezentują niektórzy liderzy europejscy. Zaledwie niedawno prezydent Francji Emmanuel Macron w New Delhi określił ideę wolności słowa w Internecie jako „zupełnej pie*doły” (dosł. „pure bullshit”). Owo fekalne porównanie był uprzejmy wzbogacić wyjaśnieniem, że brak kontrolowalności algorytmów platform internetowych może prowadzić do sytuacji, w której Internauci są odbiorcami „mowy nienawiści” oraz innych poglądów niezatwierdzonych przez władze. A to, jego zdaniem, nie ma nic wspólnego z „tak zwaną wolnością słowa”.

Z kolei kanclerz Niemiec, Friedrich Merz, twierdzi, że „wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się mowa nienawiści”. O tym, co właściwie stanowi ową „mowę nienawiści”, decydować ma naturalnie państwo. Niedawno Merz poszedł dalej i zażądał całkowitego zniesienia anonimowości wyrazu w Internecie, twierdząc, że chce znać nazwiska osób go krytykujących. To ostatnie nie dziwi o tyle, że Merz znany jest z całych setek (!) pozwów przeciw swoim krytykom o „zniesławienie” (artykuły 185-188 niemieckiego kodeksu karnego), a anonimowych „wrogów demokracji” pozwać nie sposób. Nie znaczy to, że niemieccy politycy nie próbują, domagając się od platform współpracy w ściganiu swych użytkowników.

Szpileczka z USA w unijny balonik

Zrazem sami urzędnicy Komisji Europejskiej – ci sami, którzy odpowiadają za forsowanie DSA oraz projekty typu Chat Control (mającego wprowadzić masową inwigilację prywatnej korespondencji oraz koniec szyfrowania end-to-end) – sami mają masowo korzystać z komunikatora Signal z funkcją auto-usuwania wiadomości. Praktyka ta naturalnie rodzi pytania o zgodność z unijnymi zasadami zachowania dokumentacji i dostępu do informacji publicznej. Sama przewodnicząca Ursula von der Leyen sama była wcześniej obiektem kontrowersji wokół „zaginionych” SMS-ów. Brak jednak instancji, która wydawałaby się zdolna do faktycznego pociągnięcia eurokratów do odpowiedzialności za łamanie własnych zasad.

W tym kontekście plany Waszyngtonu miały wzbudzić w Brukseli i Paryżu rozdrażnienie – zwłaszcza że amerykańskie władze nie ukrywają krytyki DSA jako mechanizmu wymuszania na platformach sieciowych cenzurowania legalnych form wyrażania opinii, które to opinie wyrażają jednak poglądy, których unijne rządy oraz urzędnicy nie mają zamiaru tolerować. Czy freedom.gov stanie się realnym narzędziem transatlantyckiej wojny o kształt internetu, czy pozostanie symbolicznym gestem administracji USA – pokaże najbliższy czas. Na razie portal pozostaje w fazie przygotowań, a irytacja w UE może rosnąć w miarę tego, jak bardzo urosnąć mogą oczekiwania wobec projektu.