Rząd przestraszył się własnej impotencji – nie będzie zakazu VPN-ów

Wielka Brytania może – przynajmniej na razie – odetchnąć z częściową ulgą. A ta z pewnością się tam przyda, biorąc pod uwagę, że w ostatnich miesiącach trudno byłoby doszukać się wieści z tego kraju, które byłby jednoznacznie pozytywne (zwłaszcza na polu wolności osobistych, politycznych i obywatelskich mieszkańców Albionu). Oto bowiem londyński rząd zrobił, czego zapewne mało kto się spodziewał: wykonując zwrot o 180 stopni, wycofał się z pomysłu faktycznego uniemożliwienia internautom sensownego korzystania z sieci VPN. Niestety, nie chodzi tutaj bynajmniej o zmianę długofalowej polityki tamtejszych władz.

Oficjalnie wygłoszone przez minister ds. bezpieczeństwa online, Kanishkę Narayanę słowa – „we decided not to limit VPNs” – brzmiały przy tym nie jak świadoma decyzja, a przyznanie się do porażki. To samo można powiedzieć o wymówkach sekretarz stanu ds. technologii, Liz Kendall, która w oświadczeniu parlamentarnym zasłoniła się retoryką o „uzasadnionych zastosowaniach [sieci VPN] w zakresie prywatności i bezpieczeństwa” – zupełnie jakby rząd, którego jest członkiem, nie spędził ostatnich dwóch lat na działaniach, w wyniku których Wielka Brytania zaczęła pod względem wolności słowa przypominać (i to zdaniem samych Brytyjczyków) komunistyczną Koreę Północną.

Nie chodziło bowiem o nagłe olśnienie dotyczące praw obywatelskich czy prywatności – te w ostatnich latach były przez brytyjski establishment polityczny traktowane z demonstracyjną wręcz pogardą, często wraz z niemałą dozą protekcjonalności. Chodziło o coś znacznie bardziej prozaicznego: o lęk przed kompromitacją na skalę globalną. Rząd, który od miesięcy próbował na wszelkie sposoby dokręcać śrubę autorytarnej, cenzorskiej kontroli nad przestrzenią wirtualną i komunikacja elektroniczną, po dotychczasowych doświadczeniach musiał dojść do wniosku, że egzekwowanie takiego zakazu to nie tylko niemożliwa do wygrania walka z wiatrakami, ale też samobójstwo polityczne.

Brytyjskie władze nie mogły nie zorientować się bowiem, że każda próba blokady sieci VPN spotkałaby się z natychmiastowym obejściem przez zastosowanie protokołów obfuskacji, mostków sieci Tor czy po prostu przeniesienie ruchu internetowego na porty nieskanowane przez systemy głębokiego inspekcjonowania pakietowego. Skuteczna blokada wymagałaby więc de facto zakazu posiadania oprogramowania szyfrującego, co automatycznie umieściłoby Zjednoczone Królestwo w szeregu państw takich jak Iran, Korea Północna czy Rosja – towarzystwie zbyt wstydliwym nawet dla przeżartego woke’izmem brytyjskiego establishmentu politycznego.

Towarzystwo towarzystwem, ale praktyka w niektórych aspektach nie różni się wiele. Zdaniem niektórych obserwatorów, Zjednoczone Królestwo jest dziś rządzone przez najbardziej tyrański reżim od czasów rządów premiera Williama Pitta młodszego, czyli od niemal dwóch i pół stulecia.

Wielka Brytania w oparach absurdu i tyranii

Niestety, cała infrastruktura prawnych i cyfrowych represji, pod jarzmem których znajduje się obecnie Wielka Brytania, pozostaje nienaruszona. Jeden z jej prawnych fundamentów, niesławna ustawa Online Safety Act, która weszła w życie w lipcu 2025 roku, narzuca platformom internetowym obowiązek wdrożenia systemów biometrycznej lub dokumentowej weryfikacji wieku – co w praktyce oznacza masowy przymus legitymowania się i rabunek danych osobowych użytkowników pod pretekstem ochrony nieletnich.

Mechanizmy te, zgodnie z danymi Freedom House, funkcjonują równocześnie z coraz agresywniejszym wykorzystywaniem Communications Act 2003 oraz Malicious Communications Act 1988 do karania za treści publikowane w mediach społecznościowych – w samym 2023 roku aresztowano pod tymi zarzutami ponad 12 tysięcy osób, a podczas zamieszek z sierpnia 2024 liczba ta gwałtownie wzrosła. Wśród zatrzymanych znaleźli się nie tylko uczestnicy fizycznych starć (notabene często będący obiektem agresji policji, a nie na odwrót), lecz także osoby publikujące posty krytykujące politykę imigracyjną, bezkarność muzułmańskich imigrantów czy rasizm wobec białych.

Ten ostatni, którym przesiąknięta jest dziś praktyka brytyjskiego państwa, wychodzi zaś na jaw przede wszystkim dzięki relacjom internetowych, których nie zdołano ocenzurować. Dzięki nim ujawniono np. przypadki gdy biali Brytyjczycy trafiają do więzienia za posty na Twitterze, podczas gdy działalność pakistańskich gangów gwałcicieli w miastach takich jak Rotherham, Telford czy Rochdale, mająca na koncie setki tysięcy ofiar, była przez dekady nie tylko tolerowana, ale też aktywnie tuszowana przez lokalne struktury policji i samorządów, które obawiały się oskarżeń o „islamofobię”.

To samo dotyczy agresywnych manifestacji islamskich ekstremistów czy lewicowych grup wywrotowych, których działalność w przestrzeni cyfrowej pozostaje systematycznie ignorowana przez algorytmy moderacyjne platform, podczas gdy krytyka masowego napływu imigrantów czy spotyka się z natychmiastowym usuwaniem treści i szykanami ze strony policji. W tym kontekście zachowanie dostępu do sieci VPN to nie luksus, ale w praktyce konieczny dla brytyjskich internautów zachowania jakiegoś marginesu swobody politycznej.

VPN-y pozostaną zaś (na razie) legalne nie dlatego, że wolność słowa ma w kręgach rządowych w Londynie jakichś rzeczników, lecz dlatego że ich zakaz okazałby się technicznie niekompromitujący i politycznie niewygodny.