Tomasz Kędzierski zrezygnował z funkcji prezesa ElectroMobility Poland. To już kolejna z rzedu zła wiadomość dla spółki, która po porzuceniu projektu Izera miała rozpocząć nowy etap działalności i zbudować w Jaworznie hub elektromobilności. Dymisja szefa firmy nie jest jednak zwykłą zmianą personalną. Zbiegła się z momentem, w którym wciąż nie zapadły kluczowe decyzje dotyczące przyszłości przedsięwzięcia, a wewnątrz samej spółki od miesięcy narastają napięcia interpersonalne.
Prezes spółki od EV rezygnuje ze stanowiska. W tle typowe problemy
Z ustaleń dziennikarzy Portalu Zero wynika, że Kędzierski złożył rezygnację na początku marca, a jego ostatnim dniem pracy w ElectroMobility Poland była niedziela 15 marca. Oficjalnie spółka nie komentuje sprawy i podkreśla, że informacje o zmianach w zarządzie przekazuje wyłącznie w formalnym trybie. Jednocześnie zapewnia, że projekt pozostaje na zaawansowanym etapie przygotowań do fazy inwestycyjnej. Tyle że z dzisiejszej perspektywy trudno nie odnieść wrażenia, że za tymi komunikatami kryje się coraz poważniejszy kryzys.
Powód jest prosty: prezes odchodzi w momencie, gdy projekt powinien być już znacznie bliżej realizacji. Po wygaszeniu koncepcji polskiego samochodu elektrycznego Izera spółka dostała nową rolę. Zamiast budować własną markę, miała stworzyć w Jaworznie na Śląsku tzw. hub elektromobilności, czyli zakład produkcyjny rozwijany wspólnie z partnerem technologicznym, wraz z zapleczem badawczo-rozwojowym i łańcuchem dostaw opartym na polskich firmach. To rozwiązanie od początku wydawało się bardziej realistyczne niż wcześniejsze ambitne plany. Problem polega na tym, że nawet ten skromniejszy i bardziej pragmatyczny model nie może ruszyć bez jasnej decyzji, kto tak naprawdę ma wejść do projektu i na jakich zasadach.
I tu tkwi jeden z głównych problemów. ElectroMobility Poland ma przygotowany teren inwestycyjny w Jaworznie i deklarowane wsparcie publiczne, ale nadal nie ma rozstrzygnięcia w sprawie strategicznego partnera. W lutym spółka podpisała z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej dokument określający warunki biznesowe inwestycji wartej 4,5 mld zł. To pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy, które mają otworzyć drogę do wejścia w fazę realizacji. Formalnie więc projekt jest żywy. W praktyce jednak wciąż pozostaje zawieszony, bo bez partnera technologicznego trudno mówić o prawdziwym starcie.
Chery, chery lady
Jeszcze do niedawna naturalnym kandydatem do tej roli wydawało się chińskie Geely. Rozmowy z tym koncernem miały jednak zakończyć się fiaskiem. Później zaczęły pojawiać się informacje o innych azjatyckich graczach, między innymi Chery. Niestety w związku z wojną i licznymi napięciami między Zachodem a Państwem Środka wybór (chińskiego) partnera przestał być wyłącznie decyzją biznesową, a zaczął być też wyzwaniem politycznym i geopolitycznym. W ostatnich miesiącach współpraca z chińskimi producentami w branży motoryzacyjnej stała się bowiem w Europie tematem znacznie bardziej drażliwym niż wcześniej.
Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun przyznał, że wybór partnera „nie jest dziś sprawą prostą” i że pod uwagę brane są także rekomendacje służb państwowych oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Polska wojenka za pieniądze podatnika
Według dziennikarzy Zero.pl wewnątrz spółki dochodziło też do coraz częstszych napięć między radą nadzorczą a zarządem spółki. W styczniu odwołany został wiceprezes Łukasz Maliczenko, odpowiedzialny za negocjacje z chińskimi partnerami. Teraz odchodzi prezes. To nie wygląda jak spokojne przejście do kolejnego etapu projektu, lecz jak oznaka głębokiego kryzysu w administracji. Zwłaszcza że mówimy o spółce, która od początku działa pod ogromną presją polityczną, medialną i wizerunkową.
Kiedy Izera była ogłaszana jako wielki projekt przyszłości, elektromobilność wydawała się niemal oczywistym kierunkiem rozwoju dla całej branży. Dziś sytuacja jest dużo bardziej złożona. Rynek samochodów elektrycznych w Europie nadal się rozwija, ale jednocześnie drastycznie rośnie konkurencja, nasila się presja cenowa, a producenci zmagają się z coraz trudniejszymi warunkami biznesowymi. W takich realiach nie wystarczy już sama polityczna opowieść o nowoczesności i transformacji. Potrzebny jest precyzyjny model działania, szybkie decyzje i partner, który rzeczywiście wniesie do projektu technologię, doświadczenie oraz zdolność do uruchomienia produkcji.
Dlatego rezygnacja Tomasza Kędzierskiego ma znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To nie jest tylko personalna roszada w państwowej spółce. To sygnał, że projekt po Izerze nadal nie wyszedł z fazy przeciągającego się zawieszenia. Zmieniono nazwę, zmieniono koncepcję, zmieniono język opowieści o inwestycji, ale fundamentalny problem pozostał ten sam: polskiej firmie wciąż brakuje zdecydowania i jasnego kierunku.