W ostatnich dniach pojawiły się doniesienia, według których strategiczna broń jądrowa – konkretnie ta utrzymywana przez Francję – została uznawana za spełniającą podstawowe kryteria ESG w rozumieniu obecnych ram regulacyjnych Unii Europejskiej. Oczywiście głowic amerykańskich, przechowywanych w Europie w ramach programu NATO Nuclear Sharing, zaklasyfikowanie już nie obejmuje – tym samym jaskrawo przypominając, że „obiektywna” klasyfikacja unijna nader często służy realizacji partykularnych interesów – zwłaszcza tych co bardziej wpływowych krajów „starej” Unii.
Oficjalna nota Komisji Europejskiej dot. zaklasyfikowania „unijnych” – czyli francuskich – głowic atomowych miała pojawić się w bodaj najmniej przykuwającym uwagę momencie, czyli przeddzień zakończenia upływającego, 2025 roku. Najpewniej wbrew życzeniom unijnych biurokratów – co skądinąd rzadkie, bo wokół promowania kryteriów ESG, uchodzących za mocno upolitycznione i np. w USA nie mających statusu oficjalnego, UE zwykła być znacząco bardziej ostentacyjna – nie przeszła ona jednak zupełnie bez echa.
Nasza broń jądrowa jest „postępowa” i „ekologiczna”!
Brukselskim mandarynom chodzić ma przede wszystkim o komponent „G” (governance). Ich argumentacja przedstawia się tak: francuskie siły strategiczne i broń jądrowa cechują się wyjątkowo wysokim poziomem centralizacji dowodzenia, ścisłą cywilną kontrolą nad arsenałem, brakiem przypadków nieautoryzowanego użycia oraz bardzo wysokim stopniem bezpieczeństwa materiałowego i informatycznego. W efekcie – według tej wykładni – „governance” broni atomowej wypada znacznie lepiej niż „governance” wielu międzynarodowych korporacji z aktywami rzędu setek miliardów.
Argumenty dotyczące komponentu „E” (environmental) jawią się z kolei jako niemal komiczne. Zwolennicy takiej klasyfikacji wskazują, że arsenał jądrowy Francji pozostaje w stanie głębokiego spoczynku od ponad pięćdziesięciu lat, nie emituje CO₂ w czasie pokoju, a ewentualne skutki środowiskowe dotyczą wyłącznie hipotetycznego scenariusza użycia bojowego – scenariusza, który z definicji leży poza horyzontem bieżącej oceny ESG. Krytycy ripostują, że taka logika pozwalałaby zakwalifikować jako „zielone” również składowiska odpadów promieniotwórczych, o ile nikt ich aktualnie nie otwiera.
Najsłabiej wypada oczywiście „S” (social). Tutaj unijni biurokraci nie rozwodzili się zanadto – z i oczywistych względów. Groźba zagłady cywilnej ludności w promieniu setek kilometrów od punktu uderzenia raczej nie wpisuje się w kanon „odpowiedzialności społecznej biznesu”. I choć wedle niektórych ocen broń jądrowa – dzięki równowadze strategicznej, którą wymusiła – wbrew pozorom okazała się, jak dotąd, zaskakująco humanitarnym wynalazkiem, to tego argumentu akurat tutaj nie podnoszono. Ciekawe, czy przez niewiedzę, czy żeby nie zachęcać innych krajów do sprawienia sobie własnych głowic?
Interesy równych i równiejszych
Sprawa ma jednak charakter znacznie poważniejszy niż tylko humorystyczny. Pojawiają się już pierwsze analizy prawne wskazujące, że jeśli broń jądrowa miałaby być traktowana jako „aktywa zgodne z ESG”, otwierałoby to teoretyczną możliwość objęcia jej preferencjami regulacyjnymi w zakresie wag ryzyka, funduszy zrównoważonych oraz raportowania zgodnie z CSRD i taksonomią UE. Choć nikt wprost nie zapowiada takiego rozwiązania, sam fakt poważnej dyskusji na ten temat w kręgach regulacyjnych wywołuje wśród części ekspertów konsternację graniczącą z niedowierzaniem.
Jak na razie oficjalne stanowisko Komisji Europejskiej względem tego ostatniego pozostaje wymijające: „Kwestia klasyfikacji broni strategicznej nie była i nie jest przedmiotem prac nad taksonomią zrównoważonego finansowania”. Ton odpowiedzi jest tak mdły i wieloznaczny, że w żadnej mierze nie zamyka furtki do przyszłych reinterpretacji – o co zresztą najpewniej właśnie tutaj chodzi. W praktyce mamy więc do czynienia z klasycznym przykładem, w którym ideologiczna sztywność ram pojęciowych zderza się z rzeczywistością, której nie da się łatwo wcisnąć w przygotowane wcześniej szufladki.
Gdy arsenał zdolny zabić miliony ludzi zaczyna uzyskiwać status „zgodnego z zasadami zrównoważonego rozwoju” – i tylko dlatego, że akurat leży to w interesie Francji (wobec której brukselscy oficjele wykazują deferencję zupełnie nieprzystająca do ich aroganckiego stosunku wobec mniejszych krajów) – nietrudno dojść do wniosku, że sama koncepcja ESG osiągnęła stadium autoredukcji do absurdu. Jeśli, naturalnie, nie była tym ostatnim od samego początku.