Dziesięć akrów ziemi na Fisher Island, enklawie stanowiącej jeden z najdroższych i najbardziej luksusowych adresów w Stanach Zjednoczonych, stało się przedmiotem zapiekłej konfrontacji pomiędzy władzami miasta Miami (chodzi o hrabstwo Miami-Dade) a chicagowskim gigantem branży deweloperskiej, HRP Group. Tamtejsza burmistrz ogłosiła w piątek zamiar wywłaszczenia części wyspy po tym, jak negocjacje zakupu nieruchomości za 400 milionów dolarów – kwotę stanowiącą ponad dwukrotność wartości rynkowej – zakończyły się fiaskiem.
Chodzi o dziesięcio-akrową działkę, która stanowi zarazem ostatnią możliwą do zabudowy przestrzeń na tej wyspie. Teren ten został nabyty we wrześniu ub.r. przez grupę inwestorów z HRP Group wespół z biznesowymi partnerami Related Group i Raycliff Capital, za 180 milionów dolarów, z zamiarem zbudowania tam bloków mieszkalnych (w oficjalnym żargonie „apartamentowców” – niezależnie od technikaliów nazewniczych, chodzi o zabudowę wielorodzinną). Rzecz jednak od początku budziła kontrowersje – głównie ze względu na to, w miejsce czego miały owe bloki powstać.
Obecnie znajduje się tam bowiem terminal paliwowy, zawierający magazyn paliw o pojemności 700 000 baryłek, i obsługujący tamtejszy Port Miami, a zwłaszcza zawijające na jego redę wycieczkowce. Z jednej strony, na terenie terminala składowanych jest 28 milionów galonów łatwopalnego materiału w zbiornikach liczących sobie obecnie sto lat, nierzadko naruszających obecne kody przeciwpożarowe i zlokalizowanych w strefie zalewowej huraganów. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Fisher Island byliby szczęśliwi, mogąc pozbyć się przemysłowego sąsiedztwa ze swojej ultra-elitarnej wyspy.
Kwestia prawa i „uczciwej” ceny
Z drugiej strony, terminal ma zapewniać miastu Miami obroty rzędu 61 miliardów dolarów rocznie. Co więcej, jak twierdzą lokalne władze, jego zamknięcie sparaliżowałoby operacje portowe, względnie zmusiło je do szukania mniej dogodnych, za to znacznie bardziej kosztownych alternatyw. Mając to na względzie, administracja Miami-Dade miała od razu rozpocząć negocjacje na temat odkupienia działki. Ale chyba bez przekonania, bowiem raptem nazajutrz po zakupie gruntu przez HRP miejscowa burmistrz, Daniella Levine Cava, została upoważniona przez komisję hrabstwa, by starać się o wywłaszczenie.
Teraz, po niepowodzeniu negocjacji (a ściślej – niepowodzeniu w staraniach o obniżenie ceny do poziomu, który odpowiadałby władzom), ogłoszono zamiar rozpoczęcia procedury wywłaszczenia („eminent domain”). Warto wspomnieć, że mimo wszystko może być to jedynie wywłaszczenie „po amerykańsku” – czyli, zgodnie z konstytucyjnymi wymogami, za uczciwym odszkodowaniem. Ale to, co stanowi uczciwe odszkodowanie, to pozostaje do określenia na drodze sądowej, w toku procesu, który niemal na pewno okaże się jeszcze bardziej zajadłym starciem pomiędzy prawnikami obydwu stron.
W imieniu Miami – czyli dokładnie czyim…?
Działania hrabstwa Miami-Dade wywołały za to furię mieszkańców Fisher Island, którzy chcą się pozbyć terminala i składu paliw. Ich stowarzyszenie (Fisher Island Community Association) złożyło własny pozew przeciw burmistrz i komisji, próbując sądownie zablokować możliwość wywłaszczenia. Twierdzą oni, że władze serwilistycznie wysługują się sektorowi turystycznemu oraz operatorom morskich wycieczkowców, lekceważąc interesy mieszkańców. Z ich strony dostało się także deweloperowi – ich zdaniem HRP Group była skłonna zdradzić ich interesy przy pierwszej okazji, gdyby tylko otrzymała satysfakcjonującą cenę.
W efekcie krytyczny, choć niedoinwestowany terminal pozostaje w rękach dewelopera, który wcale nie ma ochoty go utrzymywać, podczas gdy władze Miami inicjują postępowanie wywłaszczeniowe, ryzykując zmarnowanie kolejnych milionów dolarów ze środków publicznych na ratowanie obiektu, który jeszcze rok temu funkcjonował bez zakłóceń jako prywatna własność. Strach pomyśleć, co by było, gdyby na Fisher Island nie mieszkali głównie milionerzy, ale przeciętni mieszkańcy – choć i opinię tych pierwszych reszta stron ma najwyraźniej w umiarkowanym poważaniu.
Wycieczkowce do Miami zaś dalej pływają – choć gdyby zapytać rezydentów stref przybrzeżnych o opinię, większość najpewniej nie miałaby nic przeciwko temu, by pożegnać ich na dłużej.