Volkswagen dopieka swym klientom. Firma w kryzysie, lecz wciąż pozwala sobie wobec kierowców

Zaledwie przed kilkoma dniami pojawiły się doniesienia o morderczym remedium na głębię kryzysu, w jakim znalazł się koncern Volkswagen. Jak wiadomo, prezes firmy Olivier Blume szykuje związkowcom rzeź w dziedzinie zatrudnienia – przeznaczając 100 tys. ludzi do zwolnienia i 5 fabryk do zamknięcia, w tym także te dotąd uchodzące za nietykalne, czyli zlokalizowane w Niemczech – z kolei związki zawodowe, przyzwyczajone do tego, że to one trzęsą firmą, już zarzekły się, że plany prezesa storpedują. Wszystko to pojawiło się w ogóle na tapecie przez gigantyczne problemy, jakie narobił sobie Volkswagen. Skąd one wynikają – jest wiele wyjaśnień, choć najczęściej wskazuje się koszty energii w UE i dumpingową konkurencję z Chin.

W tym kontekście, jak się wskazuje, Volkswagen padł w istocie ofiarą splotu wydarzeń i okoliczności, na które nie miał wpływu (lub miał – tak jak w przypadku Unii Europejskiej i jej obłąkanej polityki „klimatycznej”, skutkującej postępującą deindustrializacją Starego Kontynentu – tyle, że nie decydujący i zbyt słaby, by samodzielnie te zmiany powstrzymać). Cały ten dyskurs, koncentrując się na zagadnieniach wagi makroekonomicznej, ignoruje natomiast czynniki, na które koncern jak najbardziej miał wpływ – były to bowiem niedociągnięcia i skandale po jego stronie. Omawiając malejącą sprzedaż samochodów tego producenta, trudno powstrzymać się przed wnioskiem, że nie byłoby może tak źle, gdyby nie sam Volkswagen i jego postawa.

Nie chcesz dać się szpiegować? Nie obsłużysz auta

O co tu chodzi? Ano w ubiegłym miesiącu Volkswagen postanowił ukarać swych klientów, którzy „uciekli z cyfrowej plantacji” (tej, której plonem są naturalnie dane) koncernu Google – i odciął ich od usług cyfrowych związanych z ich własnymi samochodami. Dokładniej chodzi tutaj o użytkowników GrapheneOS, open-source’owego, chroniącego prywatność systemu operacyjnego dedykowanego urządzeniom mobilnym, alternatywnego do Androida i iOS. GrapheneOS oferuje takie opcje jak locked bootloader, verified boot czy zaawansowane sandboxowanie aplikacji – w jaskrawym kontraście do Androida, którego natywne mechanizmy szpiegujące bywają nie tak łatwe do wyłączenia, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma obeznania lub czasu.

Właśnie ten system Volkswagen odciął od dostępu do firmowej aplikacji mobilnej – w ten sposób pozbawiając jej użytkowników możliwości zdalnego odblokowywania drzwi, kontroli ustawień ładowania czy nawet sprawdzenia lokalizacji zaparkowanego auta. Mechanizm blokady, która zabezpieczać ma interesy Google’a (a niewykluczone, że i samego VW) kosztem klientów opiera się, jakżeby inaczej, na usługach Google’a. A konkretnie na Google Play Integrity API – systemie atestacji, który wysyła zapytanie do serwerów Google o status urządzenia. GrapheneOS nie przechodzi tej weryfikacji nie ze względu na luki bezpieczeństwa, lecz z powodu nieobecności na oficjalnej liście zatwierdzonych przez Google platform.

To wszystko ma miejsce, gdy konkurencja z Azji nie tylko nie stosuje podobnych blokad, ale idzie dokładnie w przeciwnym kierunku. Hyundai i Kia już kilka miesięcy temu wdrożyły oficjalne wsparcie dla GrapheneOS, zamiast biernego polegania na googlowskim API umożliwiając klientom weryfikację sprzętową. Też być może uciążliwą, ale przynajmniej będącą opcją alternatywną. Tymczasem obsługa techniczna Volkswagena reagować ma na skargi klientów w sposób jeszcze potęgujący ich frustrację: firma twierdzi, że GrapheneOS „nie należy do oficjalnej oferty Volkswagena”. I sugeruje, by zainteresowani zwrócili się do dostawcy systemu operacyjnego – który przecież nie miał nic wspólnego z decyzją o blokadzie.

Volkswagen sam nie umie – ale innym utrudni

W efekcie same modele aut, które Volkswagen uznał za technicznie niemożliwe do obsługi na telefonach „niegrzecznych” klientów i kierowców, funkcjonują bez zarzutu u konkurentów. Oczywiście jest to uzasadniane „bezpieczeństwem” – co wydaje się jednak puste, biorąc pod uwagę, że aplikacja koncernu z Wolfsburga nadal działa na przestarzałych, nieobsługiwanych wersjach Androida z znanymi lukami bezpieczeństwa. Cała sytuacja staje się jeszcze bardziej komiczna w świetle niedawnych zmian w API dostępu do danych pojazdów, które zgodnie z doniesieniami prasowymi zepsuły narzędzia third-party wykorzystywane przez właścicieli do inteligentnego zarządzania ładowaniem, integracji z panelami solarnymi oraz automatyzacji domowej.

W tym kontekście czy można dziwić się, że klienci z coraz mniejszym apetytem patrzą na ofertę producenta, który traktuje ich tak arogancko? A który także fałszował wskazania emisji spalin, czy nie tak dawno doprowadził do wycieku danych lokalizacyjnych około 800 tys. samochodów elektrycznych, ujawniając, gdzie właściciele parkowali swoje pojazdy – w tym przy domach prywatnych i w lokalizacjach wrażliwych. Jeśli prezes Blume faktycznie zdoła zwolnić 100 tys. zbędnych pracowników, w interesie firmy może być rozpoczęcie tego procesu od tych odpowiedzialnych za tę, w gruncie rzeczy, czystą złośliwość pod adresem kierowców używających GrapheneOS.