Donald Trump po raz kolejny odsuwa w czasie termin potencjalnego uderzenia na irańskie elektrownie i infrastrukturę energetyczną – tym razem o 10 dni. Taką decyzję ogłoszono we czwartek – poinformował o niej zresztą osobiście amerykański prezydent we wpisie na portalu TruthSocial. Co ciekawe, Trump twierdzi, że czyni to na bezpośrednią prośbę irańskich władz. Biały Dom zagroził wcześniej zniszczeniem irańskiej infrastruktury energetycznej, jeśli Iran nie zaprzestanie blokady szlaku morskiego przez Cieśninę Ormuz.
Cała sprawa swój początek wzięła z irańskiej blokady morskiej – i amerykańskiej reakcji na nią. W sobotę 21 marca Trump postawił Teheranowi 48-godzinne ultimatum: jeśli Iran nie przywróci swobodnego tranzytu przez Cieśninę Ormuz – wąskie gardło, przez które normalnie przepływa ok. 20% światowej ropy i gazu – USA „zrównają z ziemią” irańskie elektrownie. Zamiast ataku, w poniedziałek ogłosił pięciodniową pauzę, powołując się na „bardzo dobre i produktywne rozmowy” z Iranem i postępy w dziedzinie uzgodnienia „głównych punktów porozumienia”. Teraz termin przesunięto ponownie – do poniedziałku 6 kwietnia 2026 r.
Sformułowanie użyte przez Trumpa – przyznającego, że działa „na prośbę irańskiego rządu” – sugeruje, że negocjacje między Waszyngtonem a Teheranem są znacznie bardziej zaawansowane, niż przyznają obie strony. W szczególności zaś Iran – irańskie media kategorycznie zaprzeczają, by prowadzono bezpośrednie rozmowy, hipotetycznych zwolenników negocjacji przedstawiając jako zdrajców. Przedstawiciele MZS w Teheranie mieli deklarować, że „nie ma żadnych negocjacji” i określać doniesienia o ich prowadzeniu jako „wojnę psychologiczną”.
Zarazem jednak minister Abbas Araghczi, przyznał, że dochodzi do wymiany wiadomości przez pośredników – zarzekając się, co prawda, że „nie oznacza to negocjacji z USA”. Ale specjalny wysłannik Donalda Trumpa, Steve Witkoff, takżę potwierdził, że Pakistan, Egipt i Turcja zaproponowały mediację, a USA przekazały Iranowi za pośrednictwem Pakistanu „15-punktowy plan pokojowy”. Ten Iran naturalnie odrzucił, przedstawiając własną listę żądań. Postulaty obydwu stron są naturalnie nie do przyjęcia dla tej drugiej – sam jednak fakt ich dyskusji zadaje kłam oficjalnej wersji o braku jakichkolwiek kontaktów.
Iran w chaosie „bezkrólewia”
Kluczowym problemem pozostaje kwestia tego, kto właściwie reprezentuje Iran, i kto nim teraz rządi? Od początku wojny izraelsko-amerykańskie uderzenia zdziesiątkowały irańskie przywództwo. Wśród zabitych znaleźli się Najwyższy Przywódca Duchowo-Polityczny Ali Chamenei oraz sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Ali Laridżani, postrzegany jako de facto lider po śmierci Chameneiego – a także wielu oficerów i dostojników. Syn Chameneiego, Modżtaba, formalnie wybrany następnym liderem, nie był dotąd publicznie widziany. Wedle pojawiających się informacji, ma on być ciężko ranny i przebywać w śpiączce, zaś wedle niektórych sygnałów – w ogóle zmarł.
W tym kontekście w istocie ciężko wskazać, kto w tym momencie faktycznie przewodzi irańskim władzom. Wedle spekulacji medialnych, kontrola nad działaniami militarnymi ma teraz znajdować się w rękach dowództwa Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (Sepah-e Pasdaran), której przedstawiciele kontrolują Najwyższą Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydent Masud Pezeszkian ma jedynie zarządzać cywilnymi agencjami państwa. W myśl niektórych wersji Amerykanie kontaktują się z Mohammadem Bagherem Ghalibafem, przewodniczącym parlamentu, b. oficerem Pasdaranu, b. burmistrzem Teheranu i b. szefem policji, który po śmierci Laridżaniego miał do pewnego stopnia przejąć jego rolę.
Czy jednak to Ghalibaf prowadzi rozmowy z USA? On sam zaprzeczył prowadzeniu jakichkolwiek negocjacji, nazywając doniesienia amerykańskie fake newsem służącym „manipulowaniu rynkami finansowymi i naftowymi”. W tym kontekście twierdzenie, że „irański rząd” zwrócił się do Trumpa z prośbą o odroczenie, może być zarówno sygnałem zakulisowych negocjacji prowadzonych przez frakcje ocalałe z nalotów, jak i elementem wewnętrznych sporów w Iranie.
Ropa zatkana bliskowschodnim korkiem
W poniedziałek, po pierwszym ogłoszeniu pauzy, ceny ropy spadły o ponad 13%, rentowności obligacji skarbowych zniżkowały, a kontrakty terminowe na akcje sygnalizowały wzrost. Brent stracił blisko 11%, schodząc do 99,94 dolarów za baryłkę, a WTI spadł ponad 10% do 88,13 dolarów. Efekt okazał się jednak efemeryczny. W czwartek indeks S&P 500 zanotował najsilniejszy dzienny spadek od początku roku (–1,74%), a Brent wzrósł o ponad 5,6%, kończąc sesję na poziomie 108,01 dolarów za baryłkę. Trump ogłosił nową pauzę ok. 10 minut po zamknięciu giełdy; ceny ropy chwilowo zareagowały spadkiem, by szybko odbić w okolice 107 dol.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna ocenia obecny kryzys jako największe zaburzenie podaży w historii światowego rynku ropy – od momentu, gdy Iran ogłosił blokadę, przepływy przez Ormuz spadły z 20 mln baryłek dziennie praktycznie do zera, a cięcia produkcji w Zatoce wynoszą co najmniej 10 mln baryłek dziennie. Goldman Sachs podniósł prognozę dla Brent do 110 dol. za baryłkę na marzec–kwiecień. Bank ostrzegł, że jeśli przepustowość szlaku przez Ormuz pozostanie na poziomie 5% normy przez 10 tygodni, dzienne ceny Brent prawdopodobnie przebiją historyczny rekord z 2008 roku.
Rynek traktuje kolejne odroczenia jako chwilowe złagodzenie ryzyka niekontrolowanej eskalacji – nie jako rozwiązanie kryzysu. Dopóki Cieśnina Ormuz pozostaje faktycznie zamknięta, żadna pauza dyplomatyczna nie zastąpi fizycznego przepływu ropy.