Europa realnie zbliża się do momentu, w którym dostęp do paliwa lotniczego przestanie być oczywistością. Przy obecnym tempie zużycia i zablokowanych dostawach przez Cieśnina Ormuz zapasy mogą wystarczyć na około sześć tygodni. Potem zacznie się selekcja, nie tylko cenowa, ale fizyczna. Tak to widzi szef International Energy Agency, Fatih Birol – cytowany przez AP News.
Najważniejsze fakty
- Około 6 tygodni zapasów paliwa lotniczego w Europie wg. Fatiha Birola, z IEA
- Istnieje realne ryzyko odwołań lotów w najbliższym czasie
- Blokada dostaw przez Cieśninę Ormuz to główne źródło kryzysu
- Ponad 110 tankowców z ropą i ponad 15 jednostek LNG zostało uwięzionych w regionie
- Ponad 80 instalacji energetycznych uszkodzonych, ponad 1/3 poważnie
- Powrót do pełnych mocy może potrwać nawet do 2 lat, a presja na wzrost cen paliw, gazu i energii elektrycznej
- Istnieje ryzyko trwałego wprowadzenia opłat za tranzyt przez kluczowe szlaki
Wąskie gardło, które zatrzymało świat – lotnictwo pęknie pierwsze?
Cieśnina Ormuz od zawsze była newralgicznym punktem systemu energetycznego. Teraz stała się jego blokadą. Birol trafnie zauważa, że im dłużej potrwa obecna sytuacja, tym większe będą konsekwencje dla wzrostu i inflacji. To nie jest już klasyczny szok cenowy. To zaczyna przypominać ograniczenie fizycznej dostępności surowców. Różnica jest zasadnicza, bo ceny można jeszcze próbować amortyzować. Braku surowca już nie. Jeśli ktoś szuka pierwszego miejsca, w którym kryzys stanie się widoczny dla przeciętnego odbiorcy, to jest nim lotnictwo.
Paliwo lotnicze ma jeden z najmniej elastycznych łańcuchów dostaw w całym sektorze rafineryjnym. Nie da się go łatwo zastąpić ani szybko przekierować z innych segmentów. Dlatego to właśnie tutaj niedobory materializują się najszybciej. W praktyce oznacza to jedno: najpierw ograniczenia, potem selektywne odwołania połączeń. Nie wszystkie naraz. Raczej stopniowo, kierunek po kierunku. Na papierze podaż istnieje.
W Zatoce Perskiej stoi ponad 110 tankowców z ropą i kilkanaście jednostek LNG. Problem w tym, że to podaż uwięziona. Dopóki przepływ przez Cieśnina Ormuz nie zostanie przywrócony, globalny system energetyczny działa w trybie ograniczonym. I nawet jeśli część dostaw ruszy, to będzie raczej oddech niż rozwiązanie. To trochę jak rynek finansowy z zamrożoną płynnością. Aktywa istnieją, ale nie można nimi handlować.
Ryanair wskazuje, że ma dostawy paliwa zagwarantowane do mniej więcej połowy maja. Opisaliśmy to w artykule Paliwa lotniczego zabraknie w maju? „Ludzie nadal rezerwują loty”. Ryanair podał kluczową datę
„Nikt nie jest odporny” i tym razem to nie jest frazes
W takich momentach często pojawia się narracja, że kraje rozwinięte sobie poradzą. Owszem, mają większe rezerwy i lepszą logistykę. Ale to tylko opóźnia problem. Najbardziej ucierpią gospodarki rozwijające się, szczególnie w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Tam margines błędu jest najmniejszy. Ale finalnie koszt rozleje się globalnie.
To jeden z tych kryzysów, w których różnice między gospodarkami polegają bardziej na tempie odczuwania skutków niż na ich kierunku. Mało się o tym mówi, ale pojawia się jeszcze jeden wątek. Iran zaczął stosować opłaty za przepływ statków przez cieśninę.
Jeśli ten mechanizm się utrwali, może zostać skopiowany gdzie indziej, choćby w Cieśnina Malakka. A to byłaby zmiana o charakterze strukturalnym, nie cyklicznym.
Raz wprowadzone opłaty za tranzyt surowców bardzo trudno cofnąć. Historia pokazuje, że takie „tymczasowe rozwiązania” mają tendencję do pozostawania na stałe.
Nawet koniec konfliktu nie zamyka tematu
W teorii deeskalacja powinna rozwiązać problem. W praktyce to dopiero początek odbudowy. Ponad 80 kluczowych instalacji energetycznych zostało uszkodzonych, a ponad jedna trzecia poważnie. Przywrócenie pełnych mocy nie nastąpi z dnia na dzień.
Realistycznie mówimy o miesiącach, a być może nawet o dwóch latach. To oznacza, że nawet po otwarciu szlaków rynek pozostanie napięty. Największy błąd, jaki można dziś popełnić, to traktowanie tej sytuacji jak kolejnego przejściowego szoku.
Wszystkie elementy układanki wskazują raczej na coś głębszego. Mamy ograniczenie podaży, uszkodzoną infrastrukturę, ryzyko zmian w zasadach handlu i rosnącą presję cenową. Jeśli coś tu jest naprawdę niepokojące, to nie sama skala problemu, tylko jego trwałość. Bo w pewnym momencie rynek przestaje pytać, ile kosztuje energia. Zaczyna pytać, czy w ogóle da się ją kupić.