Resort finansów: państwowa waluta nie ma sensu. Kraj rozważa pozbycie się własnego pieniądza fiat

Raport przygotowany dla islandzkiego Ministerstwa Finansów stawia tezę, pod którą mogłoby się podpisać wielu zwolenników twardego pieniądza kruszcowego czy kryptowalut. Mianowicie, koszty utrzymywania oficjalnej walut, korony islandzkiej, przewyższają korzyści, które Islandia czerpie z jej posiadania. Niestety dokument nie sugeruje rezygnacji z waluty fiat jako takiej, co czyni wyciągnięte w raporcie wnioski cokolwiek bezprzedmiotowymi. Tym niemniej samo dostrzeżenie problemu – jakkolwiek nie było ono najpewniej intencją zamawiających ów raport – to już coś.

Dokument, datowany na 13, choć opublikowany 29 maja, bezpośrednio wiąże krajową walutę z utrzymującą się wysoką inflacją, podwyższonymi stopami procentowymi i związanymi z tymi wysokimi kosztami kredytowania oraz cykliczną niestabilnością gospodarczą. Islandia obecnie notuje najwyższe koszty pozyskiwania kapitału w Zachodniej Europie – wyróżnienie, którym ten mały kraj o populacji zaledwie 380 tysięcy mieszkańców raczej nie chciałby się chwalić.

Zwłaszcza, że ta nordycka wyspa niedawno wyprzedziła Szwajcarię w rankingu najdroższych państw świata. Według wyliczeń lokalnych organizacji i związków zawodowych sprawia to, że Islandia jest obecnie jednym z najmniej przyjaznych portfelom zakątków globu. Słowem, tanio nie jest – a do tego jeszcze zimno.

Nie rekomendujemy żadnej opcji, ale przyjmijcie euro

Tezy wskazujące, że korona islandzka napędza inflację i podnosi koszty kredytu, nie są bynajmniej nowe. Debaty na temat euro, a być może i przystąpienia do UE, trwają tam od lat. W szczególności zaś od kryzysu finansowego w 2008 r. Islandia, pomimo stabilizacji waluty po tamtych wydarzeniach, wciąż boryka się z konsekwencjami tamtych wydarzeń, jak również z nieustającym wyzwaniem utrzymywania płynności i stabilności korony, która w przeszłości doprowadziła już do spirali inflacyjnej.

Wracając do raportu – autorzy stwierdzają, że uzasadnione ekonomicznie byłoby pozbycie się korony. Niestety nie sugerują bynajmniej adopcji Bitcoina, złota (choćby w wersji stokenizowanej i opartej na blockchainie) czy jakichkolwiek innych środków płatniczych opartych na realnych zasobach. Zamiast tego chcą leczyć bolączki wywołane jedną fiducjarną walutą bez pokrycia za pomocą innej fiducjarnej waluty bez pokrycia. I to jednek konkretnej – euro.

W dokumencie zaznaczono przy tym, że nie rekomenduje on żadnego konkretnego kierunku działań, rzekomo prezentując jedynie dane i wnioski z analiz – ale zarazem (zupełnym przypadkiem) jednoznacznie wskazuje, że przyjęcie euro mogłoby przynieść niższe stopy procentowe (Islandia nie miałaby przy tym żadnego wpływu na ich wysokość). To euro miałoby obniżyć koszty transakcyjne dla firm handlujących z UE, to euro zapewniłoby większą stabilność gospodarczą oraz „integrację z gospodarką europejską”.

Tak, z pewnością, raport w ogóle nie sugeruje żadnego konkretnego kierunku działań. Ale jego tezy brzmią, jakby wyszły spod pióra unijnych urzędników z Brukseli, albo przynajmniej klinicznego przypadku „euroentuzjasty” z Reykjaviku.

Islandia łowiona przez Brukselę?

Naturalnie, pozostaje tutaj kwestia rybołówstwa – kluczowej gałęzi, od której uzależniona jest Islandia – która tradycyjnie stanowi punkt zapalny w przeszłych i ewentualnych przyszłych negocjacjach z Unią Europejską. I absolutnie nie bez powodu, biorąc pod uwagę obłąkaną politykę zielonego ładu oraz skazywanie gospodarek Starego Kontynentu na finansowy i technologiczny marazm w imię „ambicji klimatycznych” Brukseli.

Islandzki rząd zapowiedział, że do 2027 roku Islandia przeprowadzi referendum w sprawie wznowienia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. Rząd chce także zlecić międzynarodowej grupie ekspertów ocenę potencjalnych korzyści płynących z reformy systemu polityki pieniężnej. W 2012 roku rząd podjął negocjacje akcesyjne z UE, ale przerwał je „nagle” w 2013 roku. Pojęcie negocjacji można przy tym uznać tu za eufemizm, bowiem miały one postać jednostronnego podyktowania warunków.

Których, ze własnym dobrze pojętym interesie, Islandia nie chciała i nie mogła spełnić. Obecnie jednak, przy deficycie budżetowym na poziomie 3,4% PKB w 2024 roku i prognozowanym wzroście gospodarczym na poziomie 2,7% w 2025 oraz 3,0% w 2026, Islandia stoi przed trudnym wyborem: czy koszty utrzymywania monetarnej suwerenności są warte korzyści? A także, co równie istotne, czy koszty oddania tejże suwerenności też są choćby w przybliżeniu warte związanych z tym korzyści?

Szkoda jedynie, że władze tego kraju dają mu jedynie dwojaki wybór – korona lub euro – nie rozważając innych opcji. Potencjalnie znacznie dla tego kraju korzystniejszych.