Grono krajów afrykańskich właśnie zatwierdziło bodaj najbardziej ambitny projekt energetyczny w historii tego kontynentu (a w każdym razie – historii postkolonialnej). Chodzi o rurociąg, który w założeniu połączy Nigerię i Maroko. Ma on transportować urobek z nigeryjskich pól gazowych wzdłuż wybrzeża Atlantyku, przez 13 państw, aż do wybrzeża marokańskiego. Stamtąd z kolei, poprzez istniejące połączenia, dalej do Europy. Koszt inwestycji szacuje się na 25 mld dol., zaś początek budowy rurociągu planowany jest na 2028 rok. Cały proces może jednak potrwać nawet ćwierć wieku. Kiedy połączenie będzie gotowe – ani czy w ogóle finalnie uda się to osiągnąć w takim właśnie kształcie – pozostaje kwestią otwartą.
Inicjatywa została właśnie zatwierdzona przez przywódców trzynastu krajów ECOWAS, którzy podpisali stosowne porozumienie międzyrządowe w trakcie odbywającego się szczytu we Freetown – po tym jednak, jak jej projekt spędził niemal dekadę w szufladach dyplomatów i na biurkach urzędników. W myśl kreślonych planów, rurociąg ten – długi na ponad 6,8 tys. kilometrów i o średnicy 48 cali – miałby przesyłać 30 mld m³ gazu ziemnego rocznie. Projekt uzupełniałby i wpisywał się w architekturę już istniejącej infrastruktury gazociągu West African Gas Pipeline, tworząc zintegrowany regionalny (czy nawet ponadregionalny) rynek gazu, który miałby zasilać elektrownie i przemysł w krajach o łącznej populacji przekraczającej 400 milionów mieszkańców.
W ten sposób Nigeria – dysponująca ogromnymi złożami węglowodorów, jednak zmagająca się z przewlekłymi problemami finansowymi, oraz Maroko – samo w sobie nie posiadające znacznych złóż gazu, jednak strategicznie umiejscowione na styku kontynentów) zbudowałyby sobie w ten sposób pozycję strategicznych graczy na regionalnym rynku gazu, nie tylko zaspokajając lokalny popyt na energię, ale też uzyskując przy okazji mocniejszą pozycję na rynku europejskim (intensywnie poszukującym alternatyw po rezygnacji z surowca rosyjskiego), oraz zapewniając im wymierny argument w relacjach z krajami Starego Kontynentu (a także konkurentami z północnej Afryki, których na rynku ropy i gazu nie brakuje).
Trudny teren, gorąca okolica
Rurociąg jawi się zatem jako inicjatywa ambitna i potencjalnie obfita w dalekosiężne skutki – nie jest jednak także, mówiąc eufemistycznie, wolna od zagrożeń stojących na drodze do jej realizacji. Po pierwsze bowiem, koszt rzędu 25 mld dol. – kwota budząca wrażenie, zwłaszcza w realiach afrykańskich – może być bowiem trudny do sfinansowania. Tym bardziej, że wielkości te to raczej szacunki wyjściowe niż finalny rachunek, który w toku podobnych inwestycji (szczególnie tych wielonarodowych, gdzie każdy uczestnik ma własne interesy i ambicje, i przez to trudniejszych w realizacji) częstokroć bardzo znacząco wzrasta. Niejednokrotnie – ponad zdolności budżetowe krajów uczestniczących, zwłaszcza jeśli są to kraje (tak jak w tym przypadku) zmagające się z wysoką inflacją, niestabilnością walutową i ryzykiem politycznym w regionie.
Do tego ostatniego dochodzi arcyproblematyczna kwestia regionalnego bezpieczeństwa. Choć rurociąg ma omijać Saharę i Sahel, to nie oznaczy, że jego budowa wolna jest od fizycznego niebezpieczeństwa. Jego trasa wiedzie przez strefy aktywności rozlicznych grup rebelianckich i terrorystycznych – od partyzantów w delcie Nigru (skąd notabene ma pochodzić tym rurociągiem gaz), przez dżihadystów Boko Haram na północy Nigerii, kolejne organizacje islamistyczne w Sahelu (jak Ansar Dine czy Al-Kaida Islamskiego Maghrebu), po milicje Tuaregów w Mali. Do tego dochodzi też kwestia Sahary Zachodniej – terytorium spornego, kontrolowanego przez Maroko, gdzie jednak działają kolejni rebelianci – a także ryzykiem częstych walk wewnętrznych i przewrotów wojskowych w regionie (jak w Mali w 2021 r., w Nigrze w 2023 r. czy, całkiem niedawno, w Burkina Faso).
Rurociąg rodem z wizji – i w wizjach pozostanie?
Słowem, każdy konflikt, każda zmiana władzy lub eskalacja przemocy w dowolnym z 13 krajów może opóźnić, a nawet uniemożliwić realizację projektu – i utopić już zainwestowane fundusze. Jeśli, dodajmy, te finalnie uda się w ogóle zebrać i prawidłowo wykorzystać. To o tyle istotne, że historia afrykańskich inwestycji energetycznych obfituje w przykłady rozkradania środków przez lokalne elity polityczne i skorumpowanych urzędników. Tym razem niestety może być podobnie, zwłaszcza że chodzi o państwa, które nie są znane z „transparentności” i odporności na korupcję. Jeśli jednak tego wszystkiego uda się uniknąć, podobnie jak opóźnień spowodowanych bezwładem biurokratycznym czy napięciami międzynarodowymi, na zaangażowane kraje spadnie jeszcze konieczność zapewnienia ciągłej ochrony instalacji przez kilkadziesiąt lat jest eksploatacji.
Na to ostatnie wskazywałyby doświadczenia z użytkowania konkurencyjnego gazociągu transsaharyjskiego na trasie Niger-Algieria. Ten – mimo że tańszy, krótszy i nieporównywalnie łatwiejszy w zarządzaniu (ze względu na mniejszą liczbę uczestników projektu) – także boryka się z problemami natury militarnej i policyjnej w regionie Sahelu. Słowem, bez stabilnych gwarancji bezpieczeństwa i narzędzi ich wyegzekwowania, miliardów od inwestorów, którzy faktycznie uwierzą w projekt, oraz transparentnych mechanizmów zarządzania nim, podpisane w stolicy Sierra Leone porozumienie może okazać się w większym stopniu wyrazem ambicji zgromadzonych tam liderów niż aktem, dzięki któremu rurociąg łączący środek Afryki z jej północą, a także pobliską Europą, faktycznie zmieni rynki gazu w bliższej i dalszej okolicy.