Sztuczna inteligencja przestaje być tylko narzędziem zwiększającym produktywność. Zdaniem Howarda Marksa, amerykańskiego miliardera, współzałożyciela i współprzewodniczącego Oaktree Capital, technologia ta może w najbliższych latach wyeliminować znaczną część pracy wykonywanej przez pracowników umysłowych.
W rozmowie z CNBC Marks wskazał, że pierwsze sygnały takiej zmiany są już widoczne. Jako przykład podał decyzję firmy Block, która zwolniła około 4 tys. pracowników, czyli 40% z dziesięciotysięcznej załogi. Według niego powód był prosty: część zadań może zostać wykonana przez AI szybciej, taniej i efektywniej.
Moment przełomowy dla AI
Marks przyznał, że jego własne spojrzenie na sztuczną inteligencję zmieniło się dopiero po osobistym doświadczeniu z jednym z modeli AI – Claude. Do wypróbowania technologii namówili go syn oraz młodsi współpracownicy. Poprosił system o przygotowanie instrukcji dotyczącej konkretnego zagadnienia. Odpowiedź, którą otrzymał, zrobiła na nim ogromne wrażenie.
Jak sam powiedział, był wręcz „oszołomiony” jakością i szczegółowością wygenerowanego materiału. Dziś Marks radzi każdemu, aby samodzielnie przetestował takie narzędzia. „Każdy powinien osobiście sprawdzić, co potrafią systemy takie jak Claude”, powiedział inwestor.
Jednocześnie Marks wyraża obawy dotyczące tempa zmian. Jego zdaniem rozwój sztucznej inteligencji wyprzedza zdolność społeczeństwa (a także setek tysięcy firm) do adaptacji. Zwrócił uwagę na prosty scenariusz: tysiące osób mogą stracić pracę jednego dnia, podczas gdy znalezienie nowego zatrudnienia może zająć im od kilku miesięcy do nawet roku.
„AI porusza się szybciej niż zdolność społeczeństwa do dostosowania się. To przepis na zakłócenia i niepewność”, powiedział Marks. W jego opinii właśnie ta dysproporcja może stać się jednym z głównych wyzwań gospodarczych nadchodzących lat.
Czy najlepsi pracownicy pozostaną niezastąpieni?
Mimo pesymistycznych prognoz Marks nadal uważa, że najbardziej utalentowani specjaliści mogą utrzymać przewagę nad maszynami. Jego zdaniem AI może zastąpić dużą część rutynowej pracy intelektualnej, ale wciąż istnieją obszary, w których najlepsi ludzie będą w stanie tworzyć większą wartość.
„Chciałbym wierzyć, że są rzeczy, które najlepsi ludzie nadal będą robić lepiej”, stwierdził. Jednocześnie przyznał, że rozwój technologii jest tak szybki, iż nawet firmy tworzące modele AI zaczynają korzystać z nich do projektowania kolejnych generacji systemów.
Marks przestrzega jednak przed zbyt pewnymi prognozami dotyczącymi przyszłości AI. Jego zdaniem obecny moment przypomina dopiero pierwszą rundę bardzo długiej i nieprzewidywalnej gry. „Jeśli ktoś uważa, że wie, co się wydarzy, to znaczy, że nie rozumie, co się dzieje. Nie znamy jeszcze zasad tej gry ani liczby jej rund” – przekazał.
Private credit bez systemowego zagrożenia
W tej samej rozmowie Marks odniósł się także do sytuacji na rynku prywatnego kredytu. Według niego nie ma obecnie oznak systemowego kryzysu w tym segmencie, choć szybki rozwój branży może w przyszłości ujawnić problemy. Rynek direct lending urósł w ostatnich kilkunastu latach do ponad 1 biliona dolarów, co naturalnie zwiększa ryzyko błędów kredytowych. Marks przypomniał popularne w branży bankowej powiedzenie: „Najgorsze kredyty powstają w najlepszych czasach”.
Po kilkunastu latach sprzyjającego otoczenia gospodarczego dopiero kolejny spadek koniunktury pokaże, które instytucje prowadziły odpowiedzialną analizę ryzyka. Inwestor nawiązał przy tym do słynnej obserwacji Warrena Buffetta: „Dopiero gdy odpływa fala, widać kto pływał bez kąpielówek”.
Marks podkreślił, że największe wydarzenia rynkowe zazwyczaj są właśnie tymi, których nikt wcześniej nie przewidział. Gdyby inwestorzy potrafili je dokładnie prognozować, ich wpływ zostałby wcześniej uwzględniony w cenach aktywów. „Największy wpływ na rynki mają rzeczy, których nikt nie przewidział”, podsumował Marks.