Polska gospodarka stoi na krawędzi strukturalnego wstrząsu. Jeszcze dekadę temu byliśmy „montownią Europy”, która przyciągała inwestorów niskimi kosztami pracy i stabilnością. Dziś, w styczniu 2026 roku, sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Mapa cen energii na 2027 rok świeci na czerwono, a komunikaty o zwolnieniach grupowych spływają z kolejnych stref ekonomicznych. Dlaczego globalni gracze pakują walizki? Analizujemy przyczyny, dla których Polska staje się dla biznesu „za drogą imprezą”.
W gabinetach dyrektorów finansowych sentymenty nie grają roli. Liczy się twardy rachunek ekonomiczny. A ten dla Polski wygląda w 2026 roku fatalnie. Analiza kontraktów terminowych na energię elektryczną (Base Y-27) pokazuje przepaść, jaka dzieli nas od Zachodu. Z ceną prądu na poziomie 440 zł/MWh, Polska jest absolutnym antyliderem regionu. Jesteśmy drożsi od Niemiec, a w porównaniu do Francji czy Hiszpanii – nasze ceny są wyższe ponad dwukrotnie. W połączeniu z rosnącą presją płacową i widmem opłat ETS2, tworzy to „sztorm doskonały”, który wypycha firmy z naszego rynku.
Adient – „trudna decyzja” i setki ofiar w Skarbimierzu
Jednym z najgłośniejszych sygnałów ostrzegawczych ostatnich tygodni jest decyzja koncernu Adient, giganta w produkcji foteli samochodowych. Firma ogłosiła plan likwidacji zakładu Metal w Skarbimierzu (powiat brzeski), co oznacza zwolnienie 455 pracowników. Proces ten ma potrwać do 2029 roku, ale machina ruszyła już teraz.
Oficjalne stanowisko firmy jest dyplomatyczne, ale czytelne dla analityków. W komunikacie cytowanym przez media branżowe czytamy, że decyzja została podjęta „w związku ze spadkiem popytu” na określone komponenty. Jednak eksperci motoryzacyjni zwracają uwagę na drugie dno. Spadek popytu na części do aut spalinowych to fakt, ale koncerny nie zamykają fabryk „na oślep” – zamykają te, które są najmniej rentowne operacyjnie.
Adient, podobnie jak inni dostawcy Tier-1 (bezpośredni dostawcy koncernów samochodowych), operuje na minimalnych marżach. Produkcja konstrukcji metalowych do foteli jest procesem wysoce energochłonnym (spawanie, tłoczenie, lakierowanie). W momencie, gdy polska fabryka musi płacić za prąd 440 zł/MWh, a jej odpowiednik w innej części Europy lub w Afryce Północnej płaci połowę tej stawki, polski oddział traci rację bytu. To nie „spadek popytu” zabił te miejsca pracy, ale niekonkurencyjność kosztowa polskiej lokalizacji.
Levi Strauss i Stellantis – koniec pewnej epoki
Adient nie jest odosobniony. Wcześniej rynek zelektryzowała informacja o zamknięciu fabryki Levi Strauss w Płocku. Po 31 latach obecności, legendarny producent jeansów zamknął zakład, pozbawiając pracy setki osób (ok. 650). W oficjalnych komunikatach zarząd firmy wskazywał wprost: „coraz trudniejsza sytuacja na rynku pracy w Polsce i rosnące koszty produkcji”.
Jeansy z Płocka stały się za drogie nie tylko w porównaniu do Azji, ale nawet Turcji. Imadło kosztowe zadziałało tu podręcznikowo:
- Koszty pracy – dynamiczny wzrost płacy minimalnej w ostatnich latach (choć korzystny dla pracowników) drastycznie podniósł koszty stałe dla przemysłu lekkiego.
- Koszty energii – szywalnie i pralnie przemysłowe zużywają ogromne ilości mediów.
Jeszcze bardziej symboliczny jest upadek fabryki FCA Powertrain (Stellantis) w Bielsku-Białej. Zakład, który przez lata był dumą polskiej motoryzacji, został postawiony w stan likwidacji. Zwolnienia objęły blisko pół tysiąca osób. Tutaj również zadziałał mechanizm „ucieczki”. Koncern Stellantis, przechodząc na napędy elektryczne, musi ciąć koszty. Wybierając lokalizacje dla nowych inwestycji, omija Polskę szerokim łukiem, wybierając kraje, gdzie energia jest tańsza i „bardziej zielona”, a otoczenie regulacyjne stabilniejsze.
Gdzie jest państwo? „Pomocy nie doczekaliśmy”
Analizując komunikaty wycofujących się firm, uderza jeden wspólny mianownik: poczucie osamotnienia w walce z kosztami. Przedsiębiorcy od lat alarmowali, że tarcze antyinflacyjne to rozwiązanie doraźne, „pudrowanie trupa”, a nie strategia.
Czego zabrakło?
- Dostępu do zielonej energii – firmy takie jak Adient czy Stellantis są rozliczane przez swoje centrale z realizacji celów ESG (dekarbonizacji). W Polsce, przez lata zaniedbań w rozbudowie sieci przesyłowych, firmy masowo otrzymywały odmowy przyłączenia własnych instalacji OZE. Chciały produkować własny, tani prąd, ale państwo im to systemowo utrudniało.
- Brak rekompensat dla przemysłu – podczas gdy gospodarstwa domowe były chronione zamrożeniem cen, przemysł (szczególnie ten średni i duży) brał na siebie pełne uderzenie rynkowe. Rządowa pomoc dla firm energochłonnych była obwarowana skomplikowaną biurokracją i nie obejmowała szerokiego łańcucha dostawców.
- Dialog głuchych – organizacje pracodawców wielokrotnie wskazywały, że nagłe skoki płacy minimalnej bez jednoczesnego obniżenia klina podatkowego lub cen energii, doprowadzą do utraty rentowności. Te ostrzeżenia były ignorowane w imię polityki socjalnej.
Energetyczna „czerwona Latarnia” (analiza Futures 2027)
Wróćmy do twardych danych. Dlaczego inwestorzy nie wierzą w poprawę sytuacji? Wystarczy spojrzeć na prognozy cen prądu na rok 2027 (notowania ze stycznia 2026):
- Polska: 440 zł/MWh – najwyższa cena w zestawieniu.
- Niemcy: 358 zł/MWh – mimo kryzysu i wyłączania atomu, niemiecki przemysł ma energię tańszą o blisko 20%.
- Hiszpania/Portugalia: ok. 235 zł/MWh – kraje te odrobiły lekcję z OZE i gazu, oferując warunki o połowę tańsze niż Polska.
- Francja: 212 zł/MWh – dzięki flocie reaktorów jądrowych, francuski przemysł ma gigantyczną przewagę konkurencyjną.
Dla inwestora zagranicznego wniosek jest prosty: budowa fabryki w Polsce to gwarancja najwyższych kosztów operacyjnych w Europie przez najbliższe lata.
Nadciąga ETS2: Ostatni gwóźdź do trumny?
Jakby bieżące problemy nie wystarczyły, nad firmami wisi miecz Damoklesa w postaci ETS2 (system handlu emisjami obejmujący transport i budynki). Wg analiz Bertelsmann Stiftung, Polska jest na ten system najgorzej przygotowana w całej UE.
Wysoka emisyjność polskiej gospodarki oznacza, że wdrożenie ETS2 (planowane na 2027/2028 rok) uderzy w nas nieproporcjonalnie mocno. Ceny gazu mogą wzrosnąć skokowo, a koszty logistyki poszybują w górę. Dla firm produkcyjnych, które muszą ogrzać ogromne hale i przetransportować towar, to kolejny sygnał do ewakuacji.
Czy to już czas na „wielką ucieczkę”?
To, co obserwujemy w Bielsku-Białej, Płocku czy Skarbimierzu, to nie są incydenty. To początek trendu. Polska wpadła w pułapkę średniego rozwoju w najgorszym możliwym wydaniu: straciliśmy atut taniości, nie zyskując atutu innowacyjności i efektywności energetycznej.
Co istotne, firmy nie oczekiwały od państwa jałmużny. Oczekiwały stabilności, dostępu do zielonej energii i planu transformacji, który nie przerzuca całego kosztu dekarbonizacji na biznes. Ponieważ tego nie otrzymały, a prognozy na 2027 rok są bezlitosne – głosują nogami. Jeśli nie nastąpi radykalna zmiana w polityce energetycznej, termin „Polska w ruinie”, używany kiedyś jako hasło polityczne, może stać się smutną, gospodarczą rzeczywistością dla wielu regionów przemysłowych.