Unia Europejska zużywa około 10,5 mln baryłek ropy dziennie. Jednocześnie wg. danych IEA globalny rynek mierzy się z ubytkiem całkowitej podaży sięgającym nawet 12 mln baryłek dziennie. Jeśli sytuacja w Cieśninie Ormuz nie ulegnie zmianie, najpoważniejsze problemy prawdopodobnie pojawią się po zakończeniu lata, choć i przed sezonem turystycznym mogą pojawiać się braki.
To nie jest już tylko historia o drogiej energii. W Stary Kontynent uderza brutalny niedobór, który prawdopodobnie łagodzony będzie w horyzoncie wieloletnim kilkoma czynnikami. Niższą konsumpcją (czasowo może wynikającą z restrykcji), powolnym wzrostem wydobycia ropy na miejscu oraz coraz bardziej prawdopodobnym spowolnieniem gospodarczym.
Najważniejsze fakt:
- Globalny szok podażowy sięga ok. 12 mln baryłek dziennie, przy napiętym rynku paliw. UE zużywa ok. 10,5 mln b/d, czyli mniej więcej 10% światowego popytu
- Uwolnione rezerwy przez Międzynarodową Organizację Energetyczną (IEA) kupują Europie ok. pół roku spokoju, ale nie rozwiązują problemu strukturalnego
Rynek ropy działa dziś na zapasach, nie na produkcji
To, co widać dziś na rynku, nie jest klasycznym cyklem. Bardziej przypomina sytuację, w której system funkcjonuje na rezerwach, bo bieżąca produkcja przestaje wystarczać. Międzynarodowa Agencja Energetyczna uruchomiła mechanizm awaryjny i uwolniła około 426 mln baryłek.
Z tej puli blisko 90 mln pochodziło z krajów Unii. Na pierwszy rzut oka to liczby robiące wrażenie, ale w praktyce oznaczają coś znacznie bardziej prozaicznego: odsunięcie problemu w czasie. Bo te baryłki nie pojawiły się znikąd. To zapasy, które miały być użyte w sytuacjach skrajnych. I właśnie w taką sytuację rynek powoli wchodzi.
Ile czasu zostało Europie
Przy obecnym tempie uwalniania zapasów, rzędu około 2,5 mln baryłek dziennie, Europa zyskuje mniej więcej cztery do pięciu miesięcy względnego buforu. To jednak bardzo uproszczony scenariusz. Zakłada brak dalszej eskalacji i stabilny poziom niedoboru, co dziś wydaje się dość optymistyczne.
W praktyce już teraz widać, że rynek nie bilansuje się w pełni. Szacunkowa luka wynosi około 2 mln baryłek dziennie mimo wykorzystania rezerw. Innymi słowy, nawet sięgając do magazynów, świat nadal zużywa więcej niż produkuje.
Jeśli konflikt się przeciągnie, a część podaży pozostanie wyłączona, ten deficyt może rosnąć bardzo szybko. W scenariuszu kilku miesięcy napięcia mówimy już nie o symbolicznych brakach, tylko o realnym niedoborze liczonym w milionach baryłek dziennie.
Kryzys cen paliw przenosi też uwagę na rynek długu w USA, co opisaliśmy w IMF ostrzega przed rosnącym długiem USA. Ryzyka dopiero się pojawią?.
Struktura zużycia pokazuje skalę wrażliwości
Europa nie jest największym konsumentem ropy, ale jest jednym z najbardziej zależnych od importu. I to robi różnicę. Niemcy zużywają około 2,3 mln baryłek dziennie, Francja około 1,6 mln, Włochy ponad 1,3 mln. To nie są liczby, które można łatwo „ściąć” bez konsekwencji. Transport, przemysł, logistyka, chemia. Każdy z tych sektorów reaguje niemal natychmiast na zmiany podaży.
Do tego dochodzą zapasy magazynowe, szacowane na około 270 mln baryłek. Problem w tym, że to głównie produkty lub ropa przeznaczona do szybkiego przerobu. W przeliczeniu na realne zużycie daje to mniej więcej trzy tygodnie funkcjonowania. To bufor operacyjny, nie zabezpieczenie na dłuższy kryzys.
Najbardziej zdradliwy w tej sytuacji jest fakt, że wszystko nadal działa. Stacje są zaopatrzone, gospodarka funkcjonuje, a dla przeciętnego odbiorcy zmiana sprowadza się głównie do wyższych cen. Ale pod spodem system zaczyna się napinać. Rezerwy, które dziś stabilizują rynek, z definicji są skończone. I co ważniejsze, ich wykorzystanie ogranicza możliwości reakcji w przyszłości.
Europa posiada jeszcze znaczące zasoby ropy, szacowane na około 4 mld baryłek. Problem polega na tym, że ich uruchomienie to nie kwestia tygodni, tylko lat. Decyzje regulacyjne, środowiskowe, infrastruktura. To wszystko sprawia, że nie da się szybko „przełączyć” na własne wydobycie. Dlatego coraz częściej słychać w branży pytanie, które jeszcze kilka lat temu było marginalne. Nie czy wydobywać, tylko kiedy zacząć na poważnie.
Część analityków, m.in. Mike McGlone z Bloomberga nadal twierdzi, że ostatecznie wzrost cen ropy doprowadzi do destrukcji popytu i spadku inflacji… Zgodnie z wyborczymi obietnicami Trumpa.
Rynek widzi więcej niż polityka
Z punktu widzenia inwestora najciekawsze jest to, że rynek już zaczyna wyceniać scenariusze, o których politycy dopiero zaczynają mówić. Ceny ropy reagują nie tylko na bieżące dane o zapasach czy produkcji, ale na ryzyko przedłużającego się niedoboru. To subtelna zmiana, ale fundamentalna. Oznacza przejście z myślenia cyklicznego do myślenia strukturalnego.
Jeśli ten trend się utrzyma, Europa stanie przed wyborem, którego przez lata skutecznie unikała. Albo zacznie budować większą niezależność energetyczną, albo zaakceptuje wyższe ceny i ich konsekwencje dla przemysłu oraz wzrostu gospodarczego. Takie decyzje rzadko zapadają w komfortowych warunkach. Zazwyczaj są wymuszane przez rynek i wiele wskazuje na to, że właśnie wchodzimy w taki moment.