Huti blokują szlak przez Morze Czerwone – ale… nie przeciw Amerykanom. Iran pozostawiony sobie?

Jemeńscy rebelianci zajdyccy z ruchu Ansar Allah, powszechnie znani jako Huti, ogłosili w poniedziałek natychmiastową blokadę morską. Tej spodziewano się w istocie od miesięcy – grupa ta w końcu uchodzi za bodaj najbardziej wartościowego, a z pewnością najbardziej skutecznego w dotychczasowych działaniach sprzymierzeńca Iranu. Blokada ma jednak kompletnie nietypowy charakter – nie obejmuje bowiem głównych wrogów ruchu, Stanów Zjednoczonych i Izraela, ani też sojuszników tych państw. Wymierzona jest wyłącznie przeciwko Królestwu Arabii Saudyjskiej – co rodzi ciekawe pytania o realne intencje i zdolności operacyjne Hutich.

Decyzja o nałożeniu blokady została przedstawiona przez rzecznika wojskowego ugrupowania, Jahję Sariego, jako odwet za saudyjską blokadę Jemenu oraz niedawny nalot na lotnisko w Sanie. Szczegóły pozostają jednak niejasne. Huti zapowiedzieli zamknięcie cieśniny Bab al-Mandab dla saudyjskiego handlu morskiego, nie precyzując jednak mechanizmów egzekwowania tej blokady wobec płynących przez Morze Czerwone statków. Przypuszczalnie mają ku temu posłużyć typowe dla nich pirackie ataki niewielkich łodzi oraz ograniczone uderzenia dronami lub rakietami balistycznymi – nie jest to jednak potwierdzone i w istocie zależy od aktualnych zasobów militarnych grupy (a te nie muszą być wcale w najlepszym stanie).

Najbardziej „niezłomny” sojusznik

Cieśnina Bab al-Mandab, dosłownie „Brama Łez”, łączy Ocean Indyjski i Morze Czerwone. Prócz całego ruchu frachtowego korzystającego z trasy przez Kanał Sueski, przez cieśninę tę przepływają także tankowce przenoszące średnio 9 milionów baryłek ropy dziennie. Znaczenie transportu naftowego przez Morze Czerwone ostatnio bardzo przy tym wzrosło, w związku z przekierowaniem saudyjskiego eksportu ropy na zachodnie wybrzeże, do terminalu Janbu. Zamykanie tego szlaku dla saudyckich tankowców oznacza praktycznie odcięcie alternatywnej trasy eksportowej, którą Rijad z powodzeniem wykorzystuje od momentu zamknięcia przez Iran cieśniny Ormuz w toku trwającej wojny.

Co znamienne, deklaracja nie obejmuje Stanów Zjednoczonych ani Izraela – głównych deklaratywnych wrogów ideologicznych ruchu. Huti, którzy w przeszłości zyskali opinię najbardziej nieprzewidywalnych i agresywnych sojuszników, jakich Iran zdołał pozyskać w ramach swej „osi oporu” (nie bez przyczyny – udało im się bowiem w dużej mierze wymusić przekierowanie żeglugi handlowej na trasę dookoła Afryki), w toku obecnej wojny amerykańsko-izraelsko-irańskiej zachowali niezwykłą powściągliwość. W odróżnieniu od Hezbollahu czy irackich milicji Haszd Asz-Szaabi, które natychmiast włączyły się w działania zbrojne, jemeńscy zajdyci przez całe tygodnie pozostawali bierni, ograniczając się do tyleż sążnistych, co pustych gróźb.

Dopiero pod koniec marca wznowili pojedyncze ataki rakietowe na Izrael, jednak bez zaangażowania pełnych zasobów militarnych – co kontrastuje z ostrzałem Izraela, który prowadzili jeszcze w ciągu ubiegłego roku. Ich obecna blokada skierowana ma być przeciwko Saudom, a nie przeciwko amerykańskiej i zachodniej żegludze handlowej, sugerując nieoficjalne, ale wyraźne désintéressement sytuacją Teheranu i militarnymi problemami, w obliczu których stoi Iran. Bardzo możliwe, że Huti w bolesny sposób odczuli skutki intensywnych nalotów koalicji amerykańsko-brytyjskiej, i odrębnie Izraela, na swoje cele. Oficjalnie co prawda te skutki bagatelizowali, jednak Iran nie okazał się zdolny udzielić im wystarczającej pomocy.

Iran na bocznym kursie?

Odrębnym zagadnieniem pozostaje pytanie, czy blokada Hutich ma szansę być skuteczna. Z jednej strony osiągnęli oni niemałe efekty samą groźbą dla żeglugi, którą generowały ich ataki (co wliczali w swoje koszty ubezpieczyciele ładunków morskich). Dotychczasowe działania Hutich na wodach Morza Czerwonego i Zatoki Adeńskiej wykazały jednak, że ich ataki nie zawsze były precyzyjne ani skuteczne. Często atakowali przypadkowe, dostępne w okolicy statki handlowe, niezależnie od ich przynależności państwowej, a nawet udawało im się trafić jednostki należące do formalnych sojuszników (irańskie, rosyjskie czy chińskie). Nie ma szczególnych powodów, aby sądzić, by tym razem było inaczej.

Co więcej, prawdziwa blokada morska – taka, jaką Iran próbował narzucić w cieśninie Ormuz, a zwłaszcza ta, którą Stany Zjednoczone nałożyły przeciwko irańskim portom – wymaga nie tylko deklaracji, ale przede wszystkim zdolności militarnych i logistycznych, których Huti nie posiadają. Ich arsenał składa się głównie z łodzi motorowych obsadzonych bojownikami, irańskich dronów samobójczych i ograniczonego wolumenu rakiet balistycznych o ograniczonej precyzji. Nie mają natomiast zupełnie floty wojennej z prawdziwego zdarzenia, zdolnej do kontroli szlaków morskich oraz konfrontacji z siłami morskimi przeciwnika, a także środków na jej utrzymanie czy potencjału technologiczno-przemysłowego niezbędnego, by ją wystawić.

W efekcie skuteczność ogłoszonej blokady może mieć charakter ograniczony, zaś działania samych Hutich – jakkolwiek uciążliwe – nie są w stanie poważnie zakłócić globalnego handlu ropą. Mogą natomiast stanowić kolejny z impulsów, które wpłyną na wzrost notowań cenowych tejże ropy.