Globalna inflacja rośnie. Powtórka z 2021 roku? System może się załamać

Inflacja zaczęła rosnąć niemal we wszystkich zakątkach świata, napędzana drożejącą ropą i produktami paliwowymi. Towary energetyczne odpowiadają za więcej, niż polowę wzrostu presji cenowej w największych gospodarkach świata, a fakt, iż wzrost spowodowany jest wojną USA z Iranem każe kwalifikować sytuację jako klasyczny przykład zewnętrznego szoku podażowego. Inflacja bazowa (bez cen energii i produktów żywnościowych) rośnie istotnie poniżej innych, ekonomicznych miar inflacji, typu CPI. Banki centralne mają zagadkę, którą trudno rozstrzygnąć. Na razie wybierają podniesienie stóp procentowych „na wszelki wypadek” – by uniknąć efektów drugiej rundy. Pytaniem otwartym pozostaje czy popełniają kosztowny błąd.

W tym założeniu błąd ten może polegać na przekonaniu, iż wyższe stopy procentowe zahamują wzrost inflacji. Tymczasem – zamiast ją hamować (nie mogą przecież kontrolować prawa popytu i podaży na rynku paliw i energii), mogą prędzej osłabić koniunkturę i uczynić kondycję największych gospodarek jeszcze bardziej kruchą. Przezorność i hisotria rynków każe szukać analogii do podobnych kryzysów sprzed dekad, czy nawet stuleci. Historycznie kryzysy, obnażające „nieudolność” skostniałych systemów pojawiały się często przed globalnymi konfliktami, kryzysami i wzrostami notowań populistycznych partii – od komunizmu, po narodowych socjalistów w Niemczech.

Oby tym razem historia przestała się rymować.

System ma problem: banki prowadzą wojnę, której nie są w stanie wygrać?

Problem jest wielowątkowy: w końcu drożejące paliwa nie trafiły na „rozgrzaną” pocovidowym stimulusem gospodarkę, w której konsumenci masowo opuszczają swoje domy, by zrekompensować sobie ciężkie miesiące pandemii. Skok inflacji pojawił się, gdy tempo rozwoju gospodarek od Europy po Stany Zjednoczone zaczyna spowalniać, a jedyną deską ratunku wydaje się sztuczna inteligencja oraz związany z nią wzrost produktywności w niektórych branżach.

Obecny stan może ujawnić „bezsilność” polityki monetarnej wobec zewnętrznych ryzyk, ponieważ manipulowanie stopą procentową może zdać się na nic, jeśli to ropa, gaz czy nawozy napędzają skoki cen. W efekcie banki, chcąc pomóc inflacji nie rosnąć – mogą wylać dziecko z kąpielą i doprowadzić do sytuacji, w której ceny rosną nadal – ale w akompaniamencie spowalniającej gospodarki (a właśnie temu sprzyja bardziej restrykcyjna polityka monetarna). Czy mało jest obecnie zakątków świata, gdzie inflacja szaleje mimo powszechnego niedostatku? Wystarczy spojrzeń na Argentynę.

Banki centralne walczą z wiatrakami. To nie wszystko – szacowanie wpływu stóp procentowych na rozwój gospodarki (czy tym bardziej – na inflację) nie jest zero-jedynkowe, ani precyzyjne. Logika bankierom nakazuje podnosić stopy, gdy inflacja rośnie i ciąć je, gdy inflacja spada, ale jak to bywa w życiu, tak i tu – mamy odcienie szarości. Być może Fed, EBC a w przyszłości nawet NBP popełnią błąd … Zaczną zacieśniać politykę monetarną, walcząc z przeciwnikiem którego nie widać i z którym nie można zwyciężyć. Ograniczona dostępność ropy i rafinatów musi odłożyć się w wyższych cenach wielu produktów, a podnoszenie kosztu pieniądza w takim wariancie może przynieść nieoczekiwany cios w tysiące przedsiębiorstw, na całym globie.

Możemy tylko przypuszczać, że taki obrót spraw powinien „służyć” rynkowi złota, które od tysięcy lat posiada status „bezpiecznej przystani”.