Emirackie firmy wyrzucone ze strategicznych portów. Konflikt w zapalnym regionie, ZEA i tak planują zachować swoje

Somalia wyrzuca firmy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – zwłaszcza te działające w branżach strategicznych. Co prawda kraj ten, zrujnowany przez lata anarchii. wojny domowej i działalności skrajnego, dżihadystycznego ugrupowania Asz-Szabab nie uchodzi, mówiąc oględnie, za gospodarczą potęgę. Jest jednak jeden element, który inwestorów z ZEA bardzo interesuje – to porty morskie. I zwłaszcza je somalijskie władze chcą im odebrać. Tyle, że tego najważniejszego nie są w stanie. O co chodzi?

W sensie formalnym, rząd Somalii ogłosił 12 stycznia 2026 r. zerwanie wszystkich umów bilateralnych z ZEA w ramach retorsji. Decyzja Rady Ministrów obejmuje zarówno porozumienia dotyczące współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności, jak i umowy handlowe oraz operatorskie w kluczowych portach kraju – Kismaju, Boosaaso i Berberze. Miała zostać podjęta „po dokładnej ocenie ostatnich wydarzeń” i opierać się na „wiarygodnych raportach oraz przekonujących dowodach wskazujących na działania podważające suwerenność, jedność terytorialną i niezależność polityczną Republiki Somalii”.

Formalnie zatem rząd Somalii uzasadnia decyzję ochroną konstytucyjnego porządku i integralności państwa. Władze w Mogadiszu zaznaczyły szczególnie to, że unieważnienie dotyczy wszystkich dotychczasowych porozumień, ustaleń i nieformalnych uzgodnień z ZEA – w tym tych realizowanych za pośrednictwem podmiotów federalnych oraz administracji regionalnych. w tym portów tam właśnie położonych. I to ostatnie stwierdzenie zdradza, o co w istocie w całej tej sprawie chodzi – a czego Somalia bardzo nie chce tutaj oficjalnie przyznać.

Clou sporu stanowi bowiem Somaliland – dawna kolonia brytyjską (w odróżnieniu od reszty Somalii, która stanowiła kolonię włoską), potem formalnie wcielona w skład „niepodległej” Somalii, która ponad trzy dekady temu, w 1991 r., ogłosiła niepodległość. Od tego czasu funkcjonował jako odrębny byt polityczny i militarny, ciesząc się daleko większym spokojem i zamożnością niż reszta kraju, która na lata całe lata pogrążyła się w anarchii i przemocy – na której tle (jak i całego niespokojnego regionu Rogu Afryki) Somaliland przedstawiał się niemal jako oaza normalności i stabilności.

Somalia sobie przypomina

Somalia jednak, a ściślej jej władze, nigdy nie wyrzekły się roszczeń do tego zakątka kraju, i ambicji objęcia go swoją kontrolą (i nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że to najbogatsza jego część). W Mogadiszu o Somalilandzie przypomniano sobie zwłaszcza wtedy, gdy w końcu udało się tam zainstalować rządy tymczasowe, które byłyby czymkolwiek więcej niż ciałami czysto fasadowymi. Słaba Somalia nadal nie ma jednak siły, by militarnie podporządkować sobie tego region – tamtejszym oficjelom pozostało zatem uparte utrzymywanie oficjalnej fikcji, że region ten im podlega.

Tymczasem Somaliland. mimo braku legitymizacji międzynarodowej, w ostatnich latach z wolna przełamywał gospodarczą i dyplomatyczną izolację. Służyły temu porozumienia z sąsiednią Etiopią (na mocy którego kraj ten uzyska względnie niezależny dostęp do morza w zamian za pomoc w skomunikowaniu regionu ze światem) czy całkiem niedawno z Izraelem (który dopier co oficjalnie uznał jego niepodległość). Na najważniejszego patrona Somalilandu – tak gospodarczo, jak (nieformalnie) politycznie – wyrosły jednak właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Współpraca tego bogatego kraju trwa od lat. W jej ramach do Somalilandu napłynęły ogromne, jak na lokalne warunki, fundusze emirackich inwestorów. Z drugiej strony zaś ZEA uzyskały wojskowe i logistyczne bazy na wybrzeżu Zatoki Adeńskiej, a także gospodarczy przyczółek w Afryce. Kluczowym projektem jest tu inwestycja DP World – spółki kontrolowanej przez rząd Dubaju – w modernizację i 30-letnią koncesję dot. portu Berbera. Obiekt ten, zlokalizowany strategicznie u wejścia do Zatoki Adeńskiej, służy zarówno celom handlowym, jak i – według licznych doniesień – właśnie wojskowym.

Odbieramy, co i tak nie nasze

I to właśnie, mimo okazjonalnych prób mediacji, rozjuszyło polityków z południa Somalii, zaś ostatnie tygodnie przyniosły w tej kwestii eskalację. Mogadiszu od lat zarzuca Abu Zabi prowadzenie polityki „dwutorowej”: z jednej strony podpisywanie umów z ich własnym rządem, z drugiej – rozwijanie bliskich relacji wojskowo-gospodarczych z Hargejsą (stolicą Somalilandu), co traktowane jest przez nich jako kamień obrazy, wszem i wobec podważający oficjalną wersję, w myśl której Somaliland to Somalia, zaś zwierzchność nad całym krajem należy do kogokolwiek, kto rządzi w Mogadiszu.

I w tym kontekście należy odczytać wspomnianą decyzję o zerwaniu relacji z ZEA. W dużej mierze jest to przy tym krok czysto formalny. Ze wspomnianych bowiem portów – a to o nie realnie chodzi – władze somalijskie kontrolują tylko ten w Kismaju. Boosaaso leży w Puntlandzie – innym „regionie autonomicznym” Somalii, słynącym z piractwa morskiego (który choć nigdy nie ogłosił niepodległości, to w praktyce także znajduje się pod kontrolą miejscowych klanów i warlordów, nie rządu somalijskiego).

Berbera zaś – wspomniana powyżej – to właśnie bodaj najważniejszy port Somalilandu miejsce lokalizacji emirackiej bazy, inwestycji z ZEA i Etiopii oraz tamtejsze okno na świat. Władze w Hargejsi natychmiast wydały zresztą własny gniewny komunikat, w którym zadeklarowały, że rząd Mogadiszu nie ma nad nimi władzy, jego decyzje nie rodzą żadnych skutków, zaś emiracka baza, inwestorzy i DP World w Berberze pozostaną, niezależnie od opinii polityków z południa. I choć Somalia też ma w tym sporze sojuszników (Turcję i Arabię Saudyjską) to ZEA w najważniejszym porcie regionu najpewniej faktycznie pozostaną.